bezgrunt

Przegraliśmy mecz z Rosją. Medalu nie będzie. Wygrywamy przed Igrzyskami wszystko i ze wszystkimi, kiedy przychodzi czas i trzeba swoją dominację udowodnić, tracimy gładko trzy sety i jedziemy do domu. Ale zdaje się mało kto wierzył w zwycięstwo w ćwierćfinale. Nie dlatego, że przeciwnik wydawał się nie do pokonania. Bynajmniej. Reprezentacja od porażki z Bułgarią dawała wyraźne sygnały, że odbiega od swojej najwyższej formy zdecydowanie. Wtedy jeszcze (podczas fazy grupowej) mogło się wydawać, że przegrywamy bitwy, ale wojnę wygramy. W ćwierćfinale trzeba było liczyć na cud – nie zdarzył się. Trudno. Im mniej ludzi wierzy w cuda, tym lepiej.

Nie mogę powiedzieć, że przyzwyczaiłem się do porażek, któż by potrafił karmić się nieustannie defetyzmem. Natomiast trudniej jest przyzwyczaić się do myślenia o zwycięstwie, jeżeli po drodze wszystko wskazuje na to, że to zwycięstwo oddala się, że nie sposób go osiągnąć, kiedy pojawiają się po drodze oznaki postępującego upadku, którego nie sposób (nie ma na to pomysłu) zatrzymać.

Podobnie jest w lokalnej polityce. Ponieważ jak wiadomo na tych dwóch dziedzinach każdy Polak zna się najlepiej – sport i polityka. Bo tak w jednej dziedzinie jak i drugiej rzadko zdarzają się cuda. Polak z natury jest malkontentem, więc narzekając na jednych lub drugich, wpisuje się w prosty układ – cudów nie ma, jak nie idzie, to choćby grom z jasnego nieba, nie da się przywrócić świeżości, autentyczności itd., itp.

Inaczej rzecz się ma ze sztuką, ale na tej mało kto się zna. W sporcie i polityce wszystko jest na wierzchu. Do sztuki/kultury trzeba się dobijać, trzeba umieć się poruszać, znać konteksty, być oczytanym itd., itp. W polityce i sporcie jest prościej, bo nikt na niczym nie musi się znać. Wystarczy, że obejrzy cztery mecze i już wie, że albo kroi się medal, albo wyjazd do domu.

Dlatego, przyglądając się dzisiejszej przewidywalnej porażce w meczu z Rosją, zdałem sobie sprawę, że ta przewidywalność zmierzchu w takich dziedzinach jak sport i polityka mobilizuje przeciwnika. Trzeba nie lada geniuszu, żeby odwrócić losy meczu, politycznego blamażu, ale wtedy mamy już do czynienia ze sztuką, z wysublimowaną, rzadko spotykaną dziedziną, która wymyka się topornym definicjom tak politycznym jak i sportowym.

I na koniec – bo przecież ku temu zmierzam – przyglądając się ostatnio trzem gminom, widać wyraźnie, że jedna z nich jest w stanie zmierzchu, druga zmierza w tym samym kierunku, ale wciąż raczej bliżej jej do późnego popołudnia niż do końca dnia, trzecia natomiast nieustannie tkwi w słonecznym południu. A, że polityka jak i sport są jednak przewidywalne, to i najbliższe dwa lata z historii tych gmin również wydają się przesądzone. No chyba, że gdzieś objawi się geniusz, ale na razie, podobnie jak w dzisiejszym meczu, nic na to nie wskazuje.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)