bezgrunt

1. 13 października we Wschowie Kongres Kobiet, a w Gdańsku trzeci Blog Forum Gdańsk 2012. Trudno dzisiaj powiedzieć coś o kongresie. Jaki będzie? Co po nim zostanie? I czy jest kobietom potrzebny? Myślę, że kiedy jakikolwiek ruch (feministyczny czy powiedzmy blogerski) zaczyna się organizować, zapraszać na konferencje, to znak, że coś do tej pory świeżego, radykalnego i ożywczego zaczyna swoje biegnące obok, oficjalne życie. Przestaje być awangardą i alternatywą. Staje się oficjalnym głosem, który potrzebuje tego, co wszyscy: sale konferencyjne, wykładowców, mediów itd., itp.

Chociaż gdybym miał wybierać, wybrałbym Blog Forum Gdańsk, ale będę na Kongresie. Zresztą za późno się dowiedziałem o III Zjeździe blogerów.

2. Niedawno w Sali Gotyckiej małżeństwa świętowały 50-lecia wspólnego życia. Nie wiem co dobrego wynika ze wspólnych 50 lat. Pewnie jakiś rodzaj satysfakcji, że się udało. Nie miałbym odwagi życzyć małżeństwom dotrwania takiego jubileuszu. Nie za wszelką cenę. Ani za jakąkolwiek. Susan Sontag, robiąc notatki do nienapisanego nigdy eseju o małżeństwie stwierdza: Ten, kto je wymyślił, był genialnym dręczycielem. To instytucja stworzona w celu stępiania uczuć. Najlepsze, co może osiągnąć, to powstanie silnych wzajemnych zależności. Nic na to nie poradzę, że bardziej przekonują mnie słowa Sontag niż pań z Urzędu Stanu Cywilnego.

Przy okazji tego rodzaju rocznic dyżurnym cytatem jest fragment listu Pawła do Koryntian. Na szczęście lub nieszczęście Paweł w oryginale używa zwrotu agape, czyli innymi słowy fragment nie jest pochwałą ludzkiej miłości, ale boskiej, nieosiągalnej. To ten rodzaj utopii jaki spotyka się u wszystkich autorów, którym marzył się świat idealny. Co znamienne, Karl Mannheim, znany węgierski socjolog, specjalista od takich pojęć jak utopia czy ideologia, twierdził, że wprowadzanie w życie utopii zawsze przybiera negatywny charakter ideologii, niebezpieczny dla istnienia społeczeństwa.

3. I na koniec – biografia Salmana Rushdiego jest droga. Za jedną taką biografię kupię 1,5 książki, nie wiem tylko kto mi sprzeda połówkę jakiejkolwiek książki. Ale nie ma co ukrywać, 1,5 książki, to nie jedna książka. Choćby nie wiem jak ciekawa. Poza Empikiem, widziałem nawet we wschowskiej księgarni. Stała sobie dzień, dwa i zniknęła z wystawy. Znaczy, zdaje się, że znalazła nabywcę. Nawet przez chwilę myślałem, że ten, który kupił, postanowił ją sprezentować właśnie mnie. Dlatego od tego czasu nie wchodzę do środka, bo gdybym wszedł, to zapytałbym przecież, czy Joseph Anton, który niczego sobie stał na wystawie został kupiony i to jest właśnie powód, dla którego nie mogę Rushdiemu z okładki w oczy spojrzeć? Czy może z jakichś innych nieznanych mi powodów?

Dlatego nie wchodzę, bo lepiej przez jakiś czas żyć w świadomości, że książkę kupiono z myślą o mnie. Jeżeli przez miesiąc prezentu nie otrzymam, to znak, że książki nie kupiono, tylko zmieniono wystrój. Albo na odwrót. Cholera wie. Ludzie są nieobliczalni.

Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)