Drogi mój ja z innego komputera
Wyskoczyłeś z tymi listami Witkacego w jakichś tam latach, jakby innych nie było. Pisał do Jadwigi nie tylko do 1927, ale i dalej, bo 1939 roku. Poza tym, jeżeli masz taką potrzebę, żeby znajomość korespondencji różnej przewijała się w naszych listach, to swoją drogą ciekawa była reakcja Witkacego, kiedy już oświadczył się Unrużance. W liście do Bronisława Malinowskiego najpierw zdradza przyjacielowi, że ani ona ładna, ani go nie kocha (w sensie Witkacego), ani on, Witkacy, się jej nie podoba i w ogóle, to ślub zamierza wziąć po pijaku lub pod narkozą. Ale to tak na marginesie, bo to, co mu w Jadwidze imponowało, to, cytuję: ale rozumie, co to jest fantastyczność w życiu i poza życiem.
I o tej fantastyczności słów kilka w interesującym nas temacie poliamorii, bo przypominam, gdyby umknął ci gdzieś cel, że właśnie tam zmierzamy.
Trafiłem ostatnio na tekst, poświęcony kamasutrze, a właściwie krótką notatkę na stronie gazety.pl plus rozmowę wideo. Ale wszystko to dość przewidywalne poza trzecim komentarzem, który pojawił się pod artykułem. Otóż czytelnik pisze, że kluczem nie jest znajomość 120 pozycji erotycznych, ale realizowanie swoich marzeń erotycznych. Innymi słowy szczęścia w relacjach międzyludzkich nie osiąga się realizując jakiś system spisanych porad/praw/nakazów/poradników itp. , ale umiejętność wyartykułowania tego, czego się pragnie.
Te 120 pozycji, to tak naprawdę zewnętrzna interwencja, która ustala, co jest ok., a co nie jest ok., co warto, a czego nie warto, co jest dobrze widziane, a co nie jest.
Nie sądzisz, że na poziomie ogólności skatalogowany system dobrych rad/praw/obowiązków itp. daje złudzenie szczęśliwości, odbierając, karczując jednocześnie całą żywiołowość, której nie trzeba szukać na zewnątrz. Gdyby to przełożyć na treść twojego ostatniego listu – marzenia erotyczne byłyby tym chaosem i pustkowiem, które tym się różnią od modelowych zachowań, że są po prostu zmienne i nieustannie podlegają negocjacjom. A te 120 pozycji z kamasutry, to jak napalm w Wietnamie. Odciąga cię od tego, co autentyczne, proponując system norm i praw.
Można by to strywializować i powiedzieć: szczęście i wolność jest w głowie. Ale pewnie zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna to za chaos i dopisze do ciebie rozdział, który cię ubezwłasnowolni. I kiedy już będziesz chciał zaryzykować i zrobić coś co nie mieści się w granicach twojego życia zawodowego, rodzinnego, jakiegokolwiek innego, to nagle przerazi cię cały ten system konwenansów, który z wrodzoną sobie uprzejmością będzie przekonywał, że jeżeli tylko zdecydujesz się na jakiś błąd w systemie, to drogo za to zapłacisz.
Gdyby jednak system praw/obowiązków/norm był szczelny, to cywilizacyjnie bylibyśmy na etapie człowieka z epoki jaskini. A więc to co jest motorem, to chaos i pustkowie, o których pisałeś.
Bo gdyby pomyśleć o tym jeszcze inaczej, to wynika z tego, że wszyscy jesteśmy do szpiku kości konserwatywni. Dobrze nam w tych ramach, ewentualnie w tej oświeceniowej klatce, z której wydajemy sądy, wyroki i opinie. Najczęściej jest tak, że jak uznamy, że nasz pomysł jest rewolucyjny, bo w ramach systemu praw/obowiązków i norm udało nam się np. klatkę powiększyć lub sprawić, że jest czystsza lub więcej do niej wpada światła, to jest to przecież nic innego jak remont mieszkania, a nie wybudowanie nowego budynku.
Niekonserwatywny to był przewrót kopernikański, a nie np. propozycja, by zamiast dwóch mężczyzn dwie kobiety były wiceburmistrzyniami. To jest tylko nałożenie nowej warstwy farby na starą.
Twój Ja
Ps. Może K-Pax (pamiętasz?) film z Kevinem Spacey’em jest niezłą ilustracją tego twojego przykładu chaosu, kiedy Prot (bohater K-Pax) w uporządkowany świat wprowadza kompletny nieporządek, co w efekcie przynosi niespodziewane rezultaty?
Tekst pochodzi z bloga ale sam w to nie wierzę (2011-2014)
