Nie wiem w tej chwili kto skrzywdził Wschowę, jak się nazywa ta osoba i gdzie mieszka, ale dowiem się. To chyba można ustalić. Bo albo jest to ktoś ze Wschowy albo ktoś spoza niej. A skoro już na początku wiemy, że istnieją tylko dwa miejsca, gdzie można znaleźć sprawcę, to nie ma co ukrywać, prędzej czy później, ale raczej prędzej, się tę osobę wytropi.
Ale, żeby nie przedłużać, w czym rzecz.
Otóż Tomek Szwarc, wczoraj, powiadomił mnie, że La La Land najwcześniej może zostać wyświetlony we Wschowie 1,5 roku po polskiej premierze. Takie są warunki dystrybutora, których w takim tajemniczym mieście, jak Wschowa, nie sposób zlekceważyć. Może Miłosz Czopek mógłby tutaj coś zdziałać i negocjować warunki z dystrybutorem, ale nie wiem czy Miłosz Czopek podjąłby się tej niebywale odpowiedzialne misji i – bo to też muszę wziąć pod uwagę – czy w wyniku tych negocjacji dystrybutor nie wydałby dożywotniego zakazu pokazów La La Landu we Wschowie. Na dwoje, jak to mówią, babka wróżyła. Z drugiej strony można by na negocjacje wysłać Krzysztofa Grabkę albo nauczycieli Gimnazjum nr 2, wtedy może dystrybutor za jednym rzutem wysłałby do Wschowy siedem filmów z La La Land na czele, ale jak znam życie i wybredne gusta wschowskiej publiczności, to ostatecznie widownia by zawiodła i dystrybutor znowu musiałby wydać dożywotni zakaz wyświetlania jakichkolwiek filmów we Wschowie, do których wykupił wcześniej prawa autorskie. Więc tak źle i tak niedobrze.
Z tego by wynikało, że należy mnie posłać do dystrybutora na negocjacje, ale mnie nikt nie pośle, bo mnie nikt w tym mieście nie kocha, a jak czasami wydaje mi się, że już, prawie, niemal kocha, to ostatecznie okazuje się, że owszem, może i kocha, ale na pewno nie mnie, tylko na przykład siebie. A co to za miłość, swoją drogą, kochać siebie? Tak dygresyjnie i na marginesie zapytam. Żadna to przecież miłość. To tylko zwykła, brutalna prawda o człowieku. Kochać siebie, to za przeproszeniem każdy potrafi. Ale mnie? Swoją drogą smutne musi być miasto, opuszczone przez Boga i NieBoga skoro aż 18 miesięcy dzieli je od La La Landu. Gorzej być już chyba nie może.
I znowu niczego nie napisałem o genialnym La La Land. Proszę mi uwierzyć, że gdyby to miasto zobaczyło ten film, to miasto by się zmieniło, zmienilibyśmy się, może nawet pokochali co niektórzy. A tak nic się nie zmieni przez kolejne 18 miesięcy, a po 1,5 roku nikt już poza mną nie będzie pamiętał o La La Land i nigdy to miasto nie dostanie szansy. Nie wiem dlaczego tak jest.
Ps. Trzech utworów słucham ostatnio namiętnie, właściwie dwóch, bo trzeci podrzucił mi mój kolega redakcyjny Olek Ziemek i od niedawna, właściwie od wczoraj słucham może nie namiętnie, bo tego akurat utworu słuchać namiętnie nie można, bo się emocje wykluczają. W każdy razie zastanawiałem się, jakiej tutaj piosenki na koniec z trzema czytelnikami tego bloga posłuchać. Czy Last Dance zespołu Rhye? Czy może znowu Someone In the crowd z La La Land? Czy może jednak to, co poleca Olek Ziemek, który zapewniał mnie, że jak tę piosenkę zamieszczę na blogu, to on ten wpis udostępni u siebie na tablicy fb. To wybieram opcję Olka, bo na tyle już poznałem Olka, że wiem, że Olek wie, co jest dobre i subtelne, a co dobre nie jest. Ma gust. Tak po prostu ma ten gust.