Nasza bohaterka wodzi za kimś wzrokiem. /Szuka Księcia./Gwoli rymu damy mu na imię Piotrek.
Pisała siedem dni, teraz się boi, że ten Piotr pękł./A dla niej on to filet mignon./W tym kraju, w którym każdy chłopiec jest jak mielony kotlet.
Dla niej on to mniej więcej Jude Law./W kraju w którym każdy chłopiec to jest jełop i oblech.
(Taco Hemingway, Wszystko jedno)
R. mówi, że to starość. Nie lubię, kiedy tak mówi. W ostatnich dwóch, trzech latach powiedział tak co najmniej z dwa razy. Za każdym razem chyba tłumaczył, co ma na myśli. Zrozumiałem dopiero w środę, kiedy powtórzył frazę o starości i wytłumaczył. No może i tak jest, kiedy peroruje, że to nie kwestia wieku/lat tylko sumy doświadczeń, które sprawiają, że w tych sferach, gdzie człowiek kiedyś niedowierzał, obśmiewał, dystansował się, nagle zmienia front. Mnie interesuje bardziej dlaczego tak się dzieje. R. ustala fakty. Przed faktami nie ucieknę.
To jest męczące. Rozumiem nagle dlaczego poniżane kobiety decydują się na to, aby być dalej poniżane. Skąd ta cała cholerna przemoc tu i tam, skąd dysfunkcje i to, że tak zwana miłość dla jednych jest drogą do piekła, dla innych przeciwnie. Ale – jestem o tym przekonany – to ta sama droga, te same uczucia, emocje, ta sama bliskość są u źródła. Zdaję sobie sprawę, że tego w żaden sposób nie jest w stanie uregulować ani ustawa Sejmu, ani milczenie lub przebąkiwanie na ten temat kościoła katolickiego lub jakiegokolwiek innego. Na to nie ma rady. Albo spotkają się ze sobą ludzie w miarę stabilni, albo spotkają się ludzie, z których jeden jest w miarę stabilny, a drugi nie. I chociaż łączy ich w jednym związku to samo, to w efekcie tam, gdzie jest w miarę stabilizacja, tam jest jakiś zdrowy układ, a tam gdzie odpowiedzialność rozkłada się nierównomiernie, tam kończy się różnie/źle/czasami przemocą psychiczną lub fizyczną. Żadna ustawa lub kościelny dekret nikomu nie pomoże. Bo źródło problemu jest w ludzkiej naturze. Jedni są skurwysynami bez względu na płeć, inni przeciwnie.
Muszę to sobie rozpisać, bo w przeciwnym wypadku pogubię się. No trudno. Nawet jeżeli to brzmi topornie.
Nie sposób tutaj nawet prewencyjnie zadziałać, bo jaką by stworzyć symulację, która wykluczałaby już na starcie skurwysyństwo? Skoro ludzie, którzy decydują się razem podążać w jakimś kierunku działają pod wpływem jakiejś nie do ogarnięcia chemii. Ostatecznie i tak dochodzą do rozwidlenia dróg – bo na każdym etapie życia, czy się tego chce, czy nie i tak dociera się do tego punktu – i jeżeli panuje między nimi w miarę stabilizacja, to mają wpływ na wybór, bo idą razem tam, gdzie oboje chcą, ale jeżeli jedno z nich jest niestabilne, to i tak o wyborze decyduje niestabilność, bo zło jest – nie wiem dlaczego tak to funkcjonuje w świetle chrześcijańskich prawd objawionych – o wiele silniejsze od swojego słabego i naiwnego antonimu. A stabilizacja w tym samym czasie zostaje zżerana, pochłaniana i uśmiercana. Powoli, ale jednak. Na tej bazie powstają chyba horrory i thrillery, pokazujące pozorną idyllę, która z czasem zamienia się w koszmar.
Mam z tym problem na wielu poziomach. Pewnie mógłbym nie mieć. Nie myśleć. Nie potrafię i nie chcę.
Zdaję sobie sprawę, że to duże uogólnienie. Ale co mam zrobić? Nie chcę już zastanawiać się czy dwoje osób, czy jedna, czy sms, mail, fb, twitter, blog, uduchowiony splendor, który w rezultacie i w tej formie, jaką ostatnio poznałem ostatecznie jest niczym innym, jak tylko kościołem szatana, czy to wszystko, cała ta suma ostatnich doświadczeń musi łapać mnie za gardło i wysysać resztki życia? No nie musi. Przecież to wiem. Nie muszę/nie chcę zastanawiać się co dalej: czy razem, czy osobno, jest lub nie, czy pojawi się sms, mail, fb, twitter, blog lub uduchowiony splendor, który w rezultacie i w tej formie jest kościołem szatana i czy to wszystko ma decydować o tym, co czuję/myślę/jak żyję? Chrześcijaństwo, które cenię, czyli chrześcijaństwo Pawła z Tarsu mówi o tym, że za każdym razem człowiek podejmuje decyzje. I nikt za niego tej decyzji nie podejmie. I nikt na tę decyzję nie ma wpływu. Nawet kościół szatana. Dlatego lepiej już, kiedy podejmę decyzję niż będę ją odwlekał w czasie.