Wielki Tydzień, czyli Eliade’owska przeszłość mityczna a Aborygeni u Weira

eM mówi, że nie mogę pisać, że jestem Aborygenem, bo później ludzie gadają. Co dokładnie, tego już nie wiem, ale w takim razie inaczej rzecz przedstawię.

Na filmwebie ,,Ostatnia fala” Petera Weira sklasyfikowano jako dramat i thriller. Rzeczywiście jest w tym obrazie scena, w której, jak w każdym thrillerze przed domem pojawia się człowiek, który stoi, patrzy w okna i nie rusza się z miejsca. Za chwilę słychać pukanie do drzwi, domownicy są przestraszeni, gotowi dzwonić na policję lub po resztę domowników, żeby na koniec okazało się, jak to w thrillerze, że puka nie ten, który stał przed domem i znacząco obserwował dom, ale ktoś znajomy. Ten gatunek filmu (thriller) wymaga, aby ten, który tak stoi i budzi strach u części domowników (w tym wypadku u kobiety i dzieci, a właściwie u samej kobiety, bo dzieci niekoniecznie widzą w tej scenie powód do niepokoju) rozpoczął swój rytualny taniec pozbawiania życia tych, którzy kryją się po drugiej stronie okien lub – i tak bywa – odebrania im tego miejsca. Co w sumie na jedno wychodzi. W filmie Weira te powtarzalne motywy rodem z thrillerów służą do zupełnie innych celów, zmierzają w innym kierunku, aczkolwiek stanowią w ramach gatunku i nie stanowią w ramach całości filmu zapowiedzi rozstrzygających i niepokojących wydarzeń.

Mamy Wielki Tydzień według katolickiego święta, czyli ten Eliade’owski powtarzalny, odnawialny czas święty, przywołujący – jak w każdej religii – przeszłość mityczną, wydarzenie, które dało początek odwracalności. Jak już jakieś wydarzenie w historii świata ma przeszłość mityczną, to ono, to wydarzenie wraca, powtarza się, jest przez wiernych cyklicznie odtwarzane. W odróżnieniu od czasu świeckiego, linearnego. Dlaczego to takie ważne dla religii, żeby odtwarzać na okrągło ten sam czas? Z dwóch powodów – współczesny człowiek na co dzień żyje świeckim czasem i nie ma takiej możliwości, a przynajmniej jest ona trudna do wyobrażenia, aby mógł nieustannie doświadczać sacrum w takiej formie, w jakiej doświadcza jej w czasie świąt. W czasie świeckim bliski jest zapomnienia tego, co przypomina czas religijny. W czasie świąt, czas świecki zostaje na kilka dni zawieszony. Jest chwila na to, żeby przypomnieć sobie i odnowić sakralny system wartości, boskie prawa, boskie stworzenie świata itp. W potocznym rozumieniu tego zjawiska zwykło się mówić, że człowiek w pierwszej ławce siedzi w kościele, pierwszy ręce składa do modlitwy, a w życiu to cham i gbur/prostak. Lub coś w ten deseń. Otóż po to jest czas sakralny i czas świecki, aby w tym pierwszym znaczeniu, upraszczając całą tę opowieść, być człowiekiem żarliwym i bogobojnym, a w tym drugim – być chamem i prostakiem.

Dlatego religijność (szukam tutaj odpowiedniejszego zwrotu, ale póki co muszę pozostać przy wyrażeniu – religijny) u Weira w ,,Ostatniej fali” nie pojawia się nagle. Nie ma początku, ani końca. Zawsze była. Jest, jak powietrze (nie mam teraz lepszego porównania, a to wydaje mi się bliskie temu, co staram się powiedzieć). Ta religia u reżysera, jej mistyka i duchowość może nie być dostrzegana, można nawet o niej nie wiedzieć, można o niej zapomnieć, można o nią się potykać, można się urodzić, wychować i umrzeć i nigdy – pozornie – jej nie zauważyć. Ale – w pewnym sensie mówi Weir – tak jak z tlenem, ta duchowość jest, religia jest, bóstwo jest. Nie w takim sensie, kiedy się mówi, że coś nam jest potrzebne do życia, jak powietrze. To po prostu jest powietrzem, nie w tym znaczeniu, że bez niego nie da się żyć. Bo ona – religia/mistyka/duchowość nie działa w ten sposób. Tutaj nie ma żadnego warunku. Po prostu jest powietrze. Każdy nim oddycha. Naturalny, w pewnym sensie bezrefleksyjny odruch. Tylko tyle i aż tyle.Jest z zewnątrz i wewnątrz nas. Jest ponad prawem (o zawieszeniu etyki doskonale pisze Kierkegaard w ,,Bojaźni i drżeniu) i ma wpływ na tworzące się prawo, z tym zastrzeżeniem, że struktura jego prawa, powietrza, jest nie do odtworzenia. Z tego tez wynika, że nie ma podziału na czas religijny i świecki. Bo podczas jednego i drugiego nie zmienia się powietrze, nie staje się bardziej gęste, a innym razem rzadsze. I o tym mówi Weir w ,,Ostatniej fali”. A  czy wokół tego buduje się jakąś teologię, religioznawstwo, czy inną formę intelektualnej próby pojmowania tego zjawiska – nie ma znaczenia. Dlatego jestem Aborygenem i nie mam żadnego religijnego hobby w formie np. kościoła katolickiego.

Dodaj komentarz