bezgrunt

Na wspólnej komisji było nas dwóch. Dwóch obywateli. Jak ktoś nie wierzy, może zajrzeć do moich notatek. Mam tam wszystko rozpisane. Że było na sali gorąco, wiatrak chodził, radny w trakcie obrad musiał drzwi otwierać, nie było burmistrzów trzech, nie było też pani dyrektor Biura Organizacyjnego, bo jak wszystkim wiadomo, pani dyrektor nie jest już panią dyrektor, a jeszcze miesiąc temu była. I taka przy okazji myśl mnie naszła – że wszystkich nas czeka taki los na tym marnym świecie. Jesteśmy, a na drugi miesiąc nas nie ma. A  świat jakby nigdy nic. Dalej jakieś swoje szaliki, czapki i rękawiczki na drutach dzierga. To wszystko zresztą jest udokumentowane, tak, jak i to, ze było nas dwóch. Dwóch obywateli.

Wspominam o tych obywatelach, bo prawdę mówiąc nikt ich nie przywitał. I nie mam o to żalu. Broń Boże. Ale wszyscy inni zostali przywitani. Radni, dyrektorzy, urzędnicy, zaproszeni goście, a obywatele nie. Chciałoby się zapytać, a dlaczego tak się dzieje, że obywateli się nie wita w tym mieście? Czy obywatele coś zawinili w ostatnich miesiącach, że się ich pomija, kiedy zaczyna się litanię, modlitwę, paciorki do wszystkich obecnych, a obywateli się nie zauważa? W czym oni są winni, poza tym, że są obywatelami?

Na tej komisji nawet omawiano uchwałę na temat konsultacji z mieszkańcami Wschowy. Właśnie w tym samym momencie, kiedy tę uchwałę dyrektor omawiał, my, mieszkańcy Wschowy w liczbie dwóch osób, zajmowaliśmy dwa krzesła, a jednocześnie, za nami, jeszcze dwa, bo nasze torby, plecaki zostawiliśmy za sobą. I to nawet nikogo w trakcie obrad komisji nie zastanowiło, żeby jakoś skorygować to wstępne  i niepełne w rezultacie powitanie wszystkich, z pominięciem obywateli, mieszkańców, dokładnie dwóch mężczyzn, nie powiem, w średnim wieku.

Przecież prowadzący te obrady mógł po godzinie się zreflektować i powiedzieć  na przykład: przepraszam najmocniej, witałem wszystkich, radnych, dyrektorów, urzędników, zaproszonych gości, a zapomniałem, nie zauważyłem  – zdarza się najlepszym – dwóch obywateli, mieszkańców Wschowy. Są z nami – mógł powiedzieć prowadzący – alleluja.

Ale nie – uparł się. Nikt więc nie zwrócił na nas uwagi, na tych dwóch obywateli i tak już do końca pozostało, że obywatele obywatelami, konsultacje konsultacjami, wolność wolnością, częściowość częściowością, upał upałem, ale kogom przywitał na początku, pomijając dwóch obywateli, tegom przywitał. Amen.

Mam na to teorię, która rozgrzesza prowadzącego. Otóż teoria brzmi mniej więcej tak – prowadzący nie przywitał dwóch mieszkańców Wschowy, ponieważ obok niego usiadła radna z Lginia. A – proszę państwa – radna z Lginia do tej pory nie siadała tam, gdzie prowadzący, tylko tam, gdzie nikt obrad nie prowadził. Po tej stronie stołu radna siedziała, gdzie zajmują miejsca radni opozycji.

Oczywiście po komisji zapytałem panią radną, co oznacza ta nieoczekiwana zamiana miejsc. I się dowiedziałem. Radna nie chce żyć w pięcioletnim lekceważeniu, nie zamierza być pomijana, nie jest jej marzeniem, żeby tym samym miejscowość, którą dumnie reprezentuje, była białą plamą na mapie gminy i żeby na naradach, wiecach i okolicznościowych imprezach lekceważono jej znaczenie. Z tym koniec. Dlatego zmieniła miejsce, opuściła tę część stołu, która jej się kojarzy z niemocą, a która w duchu przecież polskiego samorządu musi być lekceważona, pomijana i banowana.

Stąd też być może to zachowanie prowadzącego. Bo przyszli na obrady obywatele, ale gdzie oni symbolicznie siedzą przy stole obrad, tego za cholerę nikt nie wie. Czy oni gdzieś po środku się widzą, czy raczej po niewłaściwej stronie, czy właściwej, a może nie daj Bóg, po żadnej.

A radna? Proszę. Jak usiądzie, to od razu wszystko wiadomo, a te obywatele, te mieszkańce, te wschowianie – nigdy nic nie wiadomo. Lepiej więc, jak mówi przysłowie, przywitać wróble w garści, niż gołębie na dachu.