Poprzednio reflektor, a teraz pies. I to wieczorem, niemal w nocy szczekał. Z balkonu. Nikt nie szedł pod tym balkonem oprócz mnie, więc chyba na mnie tak warczał. Nie chciałem, żeby gospodarzy obudził, bo w oknach u nich raczej ciemno było, nie to, żebym zaglądał do czyichś okien, nawet jeżeli na parterze ktoś jest ich szczęśliwym posiadaczem. Nie miałem co temu psu rzucić, bo może głodny był, cholera wie. Taki wieczór, prawie noc, pies szczeka, może to jakieś nieszczęście zapowiada? Dzisiaj już człowiek niczego nie może być pewien. Jednego dnia ujadanie psa nic o świecie nie mówi, a drugiego coś się takiego zmienia w powietrzu, ludzie zaczynają hajlować lub cytować biblię, żeby dać do zrozumienia, co ich Bóg myśli o innych ludziach, którzy różnią się od tych, którzy znają cytaty z biblii na pamięć i potrafią je przytoczyć na zawołanie, żeby tym, którzy się różnią od cytujących, zrobiło się niezręcznie i żeby nie wiedzieli co ze sobą począć. Żeby zapomnieli, gdzie mieszkają, żeby stracili orientację i nigdy więcej nie odnaleźli adresów swoich przyjaciół, żeby Im w telefonach komórkowych wygasły wszystkie kontakty, żeby zabrakło dla nich wody w sklepach i odzieży w hurtowniach.
Ujadanie psa nie jest przypadkowe.
Zresztą, same znaki zapowiadające kres widziałem wczoraj. Na przykład dwa porzucone katalogi Avonu. Leżały na parapecie jednego z mijanych przeze mnie sklepów. Dużo tych sklepów nie ma w tym mieście, więc też można sobie wyobrazić, gdzie na te katalogi trafiłem znienacka. Leżały, nie dosyć, że opuszczone, to jeszcze wysuszone i wyblakłe. Ktoś je zostawił w taki dzień gorący, prawie upalny. Do tej pory myślałem, że tylko dzienniki, tygodniki lub miesięczniki taki los może spotkać. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że również katalogów Avonu już nikt nie czyta, nie przegląda, nie dobiera sobie czegoś z ich oferty, cen nie porównuje. Człowiek idzie miastem, w którym, jak pisali Świetlicki, Baran i Sendecki, za oknem ni chuja idei, a tutaj proszę, jeszcze gorzej, nikt już nie ma sił, żeby katalog donieść do domu, do znajomych, do rodziny, przecież nawet do UMiG można by było zanieść, albo na placu zabaw pod drzewem zostawić. Ale nie, żyjemy na pustyni i nawet katalogi Avonu z drewna powstały, ale w proch się obracają.
Ale to nie wszystko. To jeszcze nie koniec Armagedonu. Nieopodal krzyż stoi przy drodze gminnej. Stoi, nie rusza się, a na nim mężczyzna, Żyd, jeżeli chodzi o narodowość, ze zwieszoną głową i gwoździami w kończynach. Nie wiem, czy w taki upalny dzień, taki widok pomaga znosić upały, czy raczej utrudnia, czy może działa w sposób obojętny. Naprawdę nie wiem. W każdym razie, jakby tego wszystkiego było mało, obok krzyża, można by nawet rzec, że u jego stóp, chłopak sobie siedział. Czy ja wiem? Dwunastolatek chyba. Nie więcej, nie mniej. Siedział tam, bo był cień. W cieniu sobie usiadł i pił napój energetyzujący. Akurat, kiedy uprawiałem swoją prywatną odyseję w tym upalnym mieście, kończył napój, wstał spod krzyża i poszedł gdzieś. Nie znamy się, więc sobie nie powiedzieliśmy ani dzień dobry, ani niczego w tym stylu. Na szczęście tę puszkę po napoju zostawił, stąd wiem, że napój to był energetyzujący. Ten krzyż, obok którego chłopak sobie w cieniu siedział, miał chyba kiedyś, pełnić rolę takiego energetyka. A teraz? Trzeba sobie samemu energetyka kupić i w samotności sączyć od młodzieńczych lat w cieniu tego krzyża przy drodze gminnej. Krzyż nie działa. Jak tak dalej pójdzie, to nic już nie będzie działać, napoje energetyzujące nie zastąpią nam boga, a bóg nie stanie nam na drodze, prowadzącej donikąd.
Dodaj komentarz