Podmiot (…) zawsze mówi zbyt dużo, albo zbyt mało, mówiąc krócej: mówi zawsze coś innego niż to, co chciał powiedzieć
(Slavoj Zizek)
Jak opisać zjawiska, których wszyscy byliśmy świadkami, które przyjęło się już rozumieć w jednoznaczny sposób, które zostały już opisane i zakodowane w publicznej świadomości, a które pomimo tego, wydają się jednak wymykać naszej intuicji? Tym bardziej, kiedy nie potrafimy ani patrzeć, bo to na nas się patrzy, ani mówić, bo język to coś bardzo wobec nas zewnętrznego, wyuczonego i bezmyślnie powtarzanego, jak na przykład forma podziękowań, która padła na sesji Rady Miejskiej we Wschowie w stosunku do wybitnych pracowników wschowskiego muzeum.
Jak tę historię jeszcze raz opowiedzieć? Szczególnie, kiedy przyjmiemy, że wcale nie jest tak, jak przekonywał Kartezjusz, że myślimy, więc jesteśmy, skoro, myśli się za nas, myślimy przygotowanymi przez kogoś zdaniami, a właściwie myślimy strukturą języka, która jest wobec nas zewnętrzna, tak, jak zewnętrzna wobec nas jest podana nam na tacy forma wypowiedzi, którą stosujemy w sytuacji, kiedy ktoś zasłużony odchodzi z jakiejś instytucji. Trudno wtedy o optymistyczną kartezjańską ułudę, że myślę, więc jestem, skoro nie myślę, tylko jestem myślany, nie mówię, bo jestem mówiony, nie widzę, tylko jestem widziany. Nie dziwi więc popularna anegdota, powtarzana przez freudystów, która opowiada o znanym psychoanalityku, który usłyszawszy od spotkanej osoby, że cieszy się ona na jego widok, zapytał, dlaczego mówisz, że cieszysz się na mój widok, skoro naprawdę cieszysz się na mój widok?
Czy da się tę historię, która została już raz opowiedziana, wypowiedziana, opisana i której nadano jakieś tam znaczenia, czy da się tę historię odwrócić? Jeszcze raz opowiedzieć? Szczególnie, kiedy Muzeum Ziemi Wschowskiej zostało pozbawione dyrektora, który co by nie mówić, miał wizję tej instytucji, daleko wybiegającą poza granice miasta i gminy, w których to granicach instytucja miała swoją siedzibę. A wraz z dyrektorem odchodzi historyk, kustosz, którego historyczne prace w ostatnich latach, były omawiane, czytane i komentowane, który potrafił zająć publicznie krytyczne stanowisko wobec jednej z prac Martina Sprungali.
Czy da się naprawdę, ot tak, przejść wobec tej historii obojętnie, używając do tego językowych przyzwyczajeń, udowadniając, jak mówił inny psychoanalityk Jacques Lacan, że myślę, więc nie jestem, bo jestem tam, gdzie nie myślę? I czy rzeczywiście doszliśmy, jako mała wspólnota, liczącą ledwie ponad 20 tysięcy mieszkańców do punktu, w którym konwenans traktowany jest, jak walka?
To nie jest rodzaj szlachetności i troski o muzeum, a już na pewno nie jest to żadna walka, kiedy muzeum traci swoją osobowość, a radna dziękuje za prace osobom, które sprawiły, że to muzeum jest jakieś. Można przy okazji odwrócić anegdotę z Freudem i zapytać, czy rzeczywiście radna, kiedy mówi, że dziękuje, dziękuje naprawdę? Od odpowiedzi na to pytanie, daleka jest jeszcze droga do stwierdzenia, że ktoś tutaj prowadzi walkę o tę instytucję.
Bo czy nie jest raczej tak, że nadając konwenansom, maskom, w które się stroimy, znaczeń, których one nie mają, czy nie jest tak, że właśnie w ten sposób poddajemy tę instytucję, wywieszamy białą flagę, budując jedynie mit walki, mrugając z ekranu do widza, dając do zrozumienia, że walka trwa, ale na niby, że coraz mniej nabojów, ale nigdy tych nabojów nie potrzebowaliśmy, że coraz mniej żywności, ale prawdę mówiąc stoły mamy zastawione, jak nigdy dotąd.
Czy zatem jesteśmy, jak ci słuchacze Freuda, do których psychoanalityk w słynnych wykładach, poświęconych psychoanalizie, powiedział, że musi ich uznać za osoby z zaburzeniami psychicznymi? Pewnie tak, skoro bylibyśmy skłonni napisać scenariusz do ,,Bravehart – Waleczne Serce”, w którym William Wallace, grany przez Mela Gibsona, wybrałby się do króla Anglii, żeby mu powiedzieć, że ok., zabieracie nam kobiety w naszą noc poślubną, zabieracie nam pieniądze i jedzenie, plądrujecie nasze ziemie i zabijacie naszych przywódców, wiem, że to robicie, ale wiecie co – mówiąc słowami jednej z radnych – zaprzestańcie już tego, naprawdę, wszyscy są już tym zmęczeni albo gdyby powiedział słowami drugiej radnej, że jest zaniepokojony tą sytuacją i chciałby przy okazji podziękować na dworze króla Anglii, tym którzy opuścili Szkocję w wyniku tego piekła, które im zgotował król. Trudno sobie wyobrazić scenę, w której angielski król po tego rodzaju wypowiedziach, uznałby, że Wallace walczy o Szkocję. Raczej uznałby go za nieszkodliwego wschowianina, który zawędrował gdzieś przez przypadek i mówi od rzeczy.
Zatem jest jakaś walka?