W Polsce dziś nie zaśnie nikt

Film Bartosza M. Kowalskiego ,,W lesie dziś nie zaśnie nikt” zaczyna się klasycznie, tak, jak III RP, czyli gdzieś w okolicach 1989 lub 1990 roku. Tego dokładnie nie wiadomo, bo należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie, czy liczyć czas przedstawiony w filmie od roku, w którym go kręcono, czy też od jego premiery. Jeżeli to pierwsze, mielibyśmy 1989 rok, jeżeli to drugie, mielibyśmy 1990 rok. A w związku z tym, że w debacie publicznej toczą się spory czym właściwie był dla Polski rok 1989, co zapoczątkował i czy w związku z tym przez dłuższy czas realizowano w tym kraju doktrynę szoku, opisaną przez Naomi Klein w doskonałej książce o tym samym tytule, to też wydaje się, że dla twórców pierwszego polskiego slashera może ten rok nie jest aż tak ważny. W sensie – czy 1989, czy 1990. Może wystarczy im, że puszczają do widza oka, sugerując, że to, co widzimy na ekranie, zaczyna się mniej więcej wraz z początkami III RP. A więc mielibyśmy pierwszy polski slasher, którego akcja filmu zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna się nowa Polska, zwana trzecią Polską (III RP). Dodam tylko, że prywatnie stawiam na to, że film zaczyna się w 1989 roku, ale jednocześnie zaznaczę, że nie chcę też się o to spierać i bić pianę, bo to dopiero pierwszy akapit, a niezręcznie byłoby, gdyby od pierwszego akapitu  ktoś mi zarzucił, że dzielę widzów na dwa obozy. Chcę tylko zaznaczyć, że moja prywatna opinia jest taka, a nie inna. Być może ktoś ma inny pogląd na tę sprawę i ma do tego prawo, aczkolwiek, jak pisał Paweł z Tarsu – ja oraz wszystkie zbory Boże myślimy i praktykujemy inaczej.

Czy da się Polską offline leczyć problemy Polski online.

W każdym razie nie ma co ukrywać, film zaczyna się w czasach, kiedy Polska była offline. Kiedy gdzieś tam, w Polsce ludzie szykowali się do pierwszych wyborów, wyborów kontraktowych, czerwcowych, częściowo wolnych, czy jakby tego nie nazwać, to właśnie wtedy pewien listonosz na głębokiej prowincji stara się dostarczyć przesyłkę i – mówiąc slasherowym językiem – tyle go widziano.

Kiedy twórcy za chwilę rzucają nas z 1989 roku w 2019, czyli 30 lat później, wiemy, że cała Polska jest już online, ale w tym konkretnym miejscu, w którym rozpoczął się film, przez tydzień będzie znowu tak, jak kiedyś. I tym samym reżyser dopina na naszych oczach mikro klamrę. Pierwszy polski slasher rozpoczyna się w Polsce offline i 30 lat później, kiedy akcja, jak to w slasherze, się rozkręci, też będzie się to działo w trybie offline. Tylko, że kiedyś offline to był standard życia, a teraz offline jest lekiem, terapią, próbą oderwania się od współczesnej technologi. Offline będzie w pewnym sensie karą, odkupieniem win w ujęciu religijnym, czy też zwykłym odwykiem w ujęciu terapeutycznym, ale także podskórnie pulsować będzie pytaniem, czy da się Polską offline leczyć problemy Polski online.

Remake ,,O dwóch takich co ukradli księżyc”

Jednak twórcy filmu w pewnym momencie zabierają nas jeszcze dalej. Już nie tylko w 1989 rok, czas akcji filmu sięga bodajże 1962 roku. Bo wtedy wszystko się zaczęło. Dobrze o tym wie Filmweb, ponieważ na jego stronie można znaleźć opis tego, co zainspirowało twórców filmu ,,W lesie dziś nie zaśnie nikt”. Wiem, że to może wydawać się skomplikowane, ale nie ja to wymyśliłem tylko twórcy, więc wszelkie uwagi i zastrzeżenia proszę kierować do nich. Otóż na stronie filmwebu przy filmie z 1962 roku, czytamy: W chacie ubogiego mieszkańca wsi Zapiecek przychodzą na świat dwaj żarłoczni, leniwi i okrutni bliźniacy – Jacek i Placek. Bez przerwy płatają złośliwe figle spokojnym mieszkańcom. Aby oddalić od siebie na zawsze widmo jakiejkolwiek pracy, postanawiają ukraść z nieba złoty księżyc i go sprzedać

Oczywiście widz nie dowiaduje się o tym wprost. Tutaj twórcy trochę mylą tropy. Mamy, owszem, ubogie mieszkanie, ale nie mamy mieszkańca, tylko pracowitą, ubogą matkę/kobietę, mamy dwóch bliźniaków, którzy nie są żarłoczni, ani leniwi, ani też okrutni nie są. Przeciwnie. Fajni są, grają sobie w piłkę i mają psa. Jednak pewnego dnia coś spada z nieba i to raz na zawsze ich zmienia. Dokładnie z kosmosu to coś spada, a w wywiadzie, którego udzielił Bartosz M. Kowalski na kanale yutube’owym KinoRozmowy Marcina Radomskiego, reżyser mówi wprost, że to, co w jego filmie spada z nieba, to kawałek księżyca, a dokładnie jego malutki fragment, tak mały, że można go było schować pod łóżkiem. A zatem twórcy pierwszego polskiego slashera, mówiąc pół żartem, pół serio, pokazują nam remake polskiego filmu z 1962 roku ,,O dwóch takich co ukradli księżyc”, reinterpretując jego pierwotne założenia i rozkładając trochę inaczej akcenty. Jednak co by nie mówić, ten film sprzed 58 lat wydaje się być jedną z głównych inspiracji twórców ,,W lesie dziś nie zaśnie nikt”.

Podobał się, nie podobał? Fajny, czy nie za bardzo? Są cycki, czy ich nie ma?

Zdaję sobie sprawę, że dochodzimy do takiego miejsca w tym tekście, kiedy czytelnik jest ciekaw, co właściwie myślę o filmie Bartosza M. Kowalskiego. Bo pisać, tak, jak to zrobiłem powyżej, że 89, że potem 2019, a jeszcze skok w 62 – to w sumie może i niezłe zajęcie, ale czas przejść do rzeczy. Podobał się, nie podobał? Fajny, czy nie za bardzo? Są cycki, czy ich nie ma? To ja w tym miejscu na wszystkie te i tego rodzaju pytania odpowiadam twierdząco – tak – podobał się, jest fajny i są, czemu miałoby ich nie być. To w końcu slasher. Zresztą – to jeden chyba z niewielu gatunków filmowych, który sam w sobie jest spoilerem i to takim, że właściwie nie wiemy tylko tyle, kto na końcu przeżyje. To tylko jest niepewne. Reszta cała jest pewna, jak to, że słońce wschodzi i zachodzi. Czyli, że wszyscy zginą, cała reszta. A patrząc na plakat filmowy oraz spis głównych bohaterów, jedyne pytanie właściwie, na jakie nie znamy odpowiedzi przed seansem brzmi, która z trzech kobiet dotrwa do końca. Bo w slasherach przeżywają tylko i wyłącznie final girl i nikt więcej. Jak dobrze pokombinować przed seansem, wpatrując się w plakat filmowy, to można dojść do wniosku, że wybór właściwie ogranicza się do dwóch kobiet. Nie będę mówił których, żeby nie spoilerować. Wiadomo, nie ma nic gorszego niż tego rodzaju spoiler, dotyczący tego gatunku, a właściwie podgatunku horroru.

Trafione mikro komentarze, trafione w punkt

Dlatego na koniec dodam, że wszystkie mikro komentarze, jak o nich mówi reżyser, do polskiej sytuacji społeczno-politycznej są trafione, są – jak mówią parapsycholodzy, czy tzw. kołczowie albo afazyjni medialni spece – w punkt. Jest tutaj wszystko, co sprawia, że w Polsce czujemy się tak, a nie inaczej. I pod tym względem Kowalski stanął na wysokości zadania, nawet wtedy, kiedy parafrazuje ustami złego księdza (w tej roli Piotr Cyrwus) znaną wypowiedź polskiego biskupa o nieletnich chłopcach, którzy nęcą drugiego człowieka i sprowadzają go na złą drogę. Cyrwus w tej roli jest genialny, szkoda, że ta scena tak szybko się w filmie kończy.

Kiedy więc w jednej ze scen Julek (świetny Michał Lupa) wymienia 6 grzechów głównych horrorów: ciekawość, nie ma się czego bać (niedowierzanie), pewność siebie, nieatrakcyjni przegrywają, seks oraz rozdzielanie się, to jakbym słyszał 6 prawd liberalnej demokracji. Slasher, nie tylko polski, od zawsze rozprawia się z tymi prawdami lub grzechami w sposób jednoznaczny. I pod tym względem mikro komentarz, mikro obserwacja Kowalskiego jest efektowna, ale też niezbyt optymistyczna i – jakby to powiedzieć? – nic do tego komentarza nie sposób dodać, niczego też nie warto ujmować.

Dodaj komentarz