Wczoraj minęły dwa lata od tragicznej śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Nie pamiętam już, co czułem i co myślałem, kiedy to się wydarzyło. Chyba tyle, ile napisałem w poście z 18 stycznia 2019 roku, że znowu przez chwilę wydawało się, że nie ma lewicy, ani prawicy, nie ma liberalnego centrum, ani radykalnych skrzydeł tychże, tylko jest coś, co można by nazwać na potrzeby tego wpisu – ojczyzną. Tą dużą i tą małą. Naiwne to, wiem i jakieś dzisiaj obce. Chociaż pamiętam, że gdy przez chwilę nawet tutaj, w depresyjnym miasteczku, schodzili się na Rynek, skrzykiwali się na fb wschowianie, miało się wrażenie, że i tutaj może coś drgnąć, kiedy na świecie wydarzają się zbrodnie niebywałe. Później się okazało, że kiedy wydarzają się zbrodnie pospolite, nie te krwawe, ale zwykłe tam takie, to miasteczko nauczyło się zasłaniać oczy. Teraz wszyscy chodzą po omacku z tymi opaskami na oczach i od czasu do czasu wpadają na siebie.
Ale nie o tym chciałem. O czym innym.
Bo, kiedy media wczoraj przypomniały, że właśnie mija druga rocznica śmierci prezydenta Gdańska, to akurat byłem w trakcie lektury ,,Walentynowicz. Anna szuka raju”. I w jednym z fragmentów, opisujących wydarzenia w stoczni gdańskiej w sierpniu 1980 roku trafiłem na brata Pawła Adamowicza, który uczestniczył w słynnej mszy świętej, odprawianej 17 sierpnia na terenie stoczni przez księdza Henryka Jankowskiego. Do tego zaraz wrócę.
Sierpień 1980. Stocznia Gdańsk
Lubię, bardzo lubię takie retrospekcje, kiedy z perspektywy 2021 roku czyta się o wydarzeniach sprzed 40 lat. Kiedy ma się już wiedzę, że ksiądz Jankowski współpracował ze Służbami Bezpieczeństwa, że miał nakazane, aby podczas kazania nie wzniecać nastrojów rewolucyjnych wśród strajkujących. Zresztą tego domagał się również biskup, jak i prymas Wyszyński. Kiedy wiadomo, że przed mszą i Lecha Wałęsę i Annę Walentynowicz, której zwolnienie ze stoczni na kilka miesięcy przed emeryturą, doprowadziło do tego wydarzenia w Gdańsku, spowiadał współpracownik SB. I że Jankowski do samego końca pamiętając, aby łagodzić nastroje, zrezygnował z pieśni ,,Boże coś Polskę”, która często kończyła w tamtych czasach opozycyjne msze. Nie zdecydował się na tę pieśń między innymi dlatego, że uczestnicy zmieniali ostatnią linijkę refrenu z ,,Ojczyznę naszą pobłogosław, Panie” na ,,Ojczyzną wolną racz nam wrócić, Panie”. Ksiądz zaintonował wtedy mało komu znaną pieśń maryjną. Drugą zwrotkę, jak piszą autorzy książki ,,Walentynowicz. Anna szuka raju” śpiewa już tylko chudy ministrant, który na tę mszę przyjechał z księdzem Jankowskim. Tym ministrantem był starszy brat Pawła Adamowicza – Piotr Adamowicz, wtedy członek Ruchu Młodej Polski (opozycyjna, inteligencka grupa, z której wywodził się między innymi Aleksander Hall, który zresztą przyłączy się do strajkujących stoczniowców), a w późniejszych latach dziennikarz.
Lokalni politycy od 2006 do 2018
To mi przypomniało, jak plączą się losy ludzi, łączą się te losy ze sobą, a potem rozchodzą. Np. losy Wojciecha Kuryłło i Konrada Antkowiaka. Razem szli do wyborów w 2006 roku z listy Wschowa Nasze Miasto. Wojciech Kuryłło ubiegał się o fotel burmistrza, nie wszedł do drugiej tury, przed II turą poparł ówczesnego kandydata Krzysztofa Grabkę, potem został naczelnikiem Wydziału Spraw Organizacyjnych i Społecznych. Konrad Antkowiak w tym 2006 roku nie dostał się do Rady Miejskiej. Pewnie dlatego, że od dłuższego czasu był wtedy już poza Wschową. Drogi obu panów się rozchodzą na wiele lat. A dokładnie na 12. Krzyżują się ponownie w 2018 – kiedy Wojciech Kuryłło wraca do wschowskiego urzędu po tym, jak w powiecie traci stołek wicestarosty w wyniku wygranej koalicji PiS – PSL. W urzędzie w tym czasie zasiada na fotelu burmistrza jego niegdysiejszy partner z komitetu Wschowa Nasze Miasto – Konrad Antkowiak, który właśnie wygrał II turę z wiceburmistrzem Miłoszem Czopkiem.
Drogi Antkowiaka i Czopka też kiedyś się zeszły, a dokładnie w 2010 roku, kiedy obaj startowali z listy Miłosza Czopka do Rady Miejskiej i na burmistrza (Miłosz Czopek) i do Rady Powiatu Wschowskiego (Konrad Antkowiak). Miłosz Czopek w tym 2010 roku nie wszedł do II tury, żeby za kilka miesięcy zostać wiceburmistrzem Krzysztofa Grabki, a potem z tego miejsca zostać zwolnionym. Jak wiadomo wrócił do urzędu za sprawą Danuty Patalas w 2014 roku. Konrad Antkowiak wtedy, w tym 2010 roku, nie zdobył mandatu radnego powiatowego. Zapewne dlatego, że od dawna był wtedy poza Wschową.
Antkowiak vs Kuryłło w 2023?
Wracając jednak do 2018 roku – Wojciech Kuryłło wraca na stanowiska naczelnika Wydziału Spraw Społecznych, a Konrad Antkowiak na fotel burmistrza. Coś jednak nie zagrało między panami i Wojciech Kuryłło powoli był odsuwany, przesuwany, trafił gdzieś w taki zaułek wschowskiego urzędu, gdzie ostatecznie zajmował się współpracą z seniorami, żeby na koniec urząd ten opuścić i przenieść się do Niechlowa, gdzie został niedawno sekretarzem gminy.
Wydawać by się mogło, że losy tych panów już więcej się nie skrzyżują, ale wszyscy jak jeden mąż twierdzą, że jeżeli Konrad Antkowiak wystartuje w wyborach na burmistrza w 2023 roku, to jego głównym kontrkandydatem będzie właśnie Wojciech Kuryłło. I znowu wtedy – jeżeli okaże się to prawdą – panowie już nie razem, ale przeciwko sobie, będą ubiegać się o głosy wyborców.
Gdyby tak się stało, każdy z nich po raz drugi w swojej karierze samorządowej, ubiegałby się o fotel burmistrza. Wojciech Kuryłło po raz drugi po 17 latach, Konrad Antkowiak – po 5 latach, walcząc o reelekcję.

Dodaj odpowiedź do Trzeźwy na umyśle Anuluj pisanie odpowiedzi