Od kilku dni wiadomo już o ile wzrosną wynagrodzenia burmistrza i diety radnych. Myślę, że część z nas, słysząc o tych kwotach, pomyślała, że chętnie by przytuliła miesięcznie kilka tysięcy więcej, jak to ma miejsce w przypadku włodarza Wschowy, czy nawet 300 złotych (patrząc na diety szeregowych radnych, nie wspominając już o podwyżkach diet wyżej postawionych w hierarchii Rady Miejskiej).
Wydaje się też, że jakiekolwiek oburzenie, wzmożenie, czy inne nawoływania, nie mają tutaj żadnego znaczenia. Jestem za tym, żeby radni pobierali większe diety. Owszem, chciałbym, żeby przy okazji byli bardziej aktywni, albo bardziej merytoryczni, ale nie tego się od nich wymaga. Jeżeli dobrze się przyjrzeć ustawie o samorządzie, to w sumie wiele oni mogliby, ale też jednocześnie wiele nie muszą. Zatem skoro sama ustawa zbyt wiele od nich nie oczekuje, to niczym zaskakującym jest, że z tych minimalnych wymagań, potrafią się wywiązać. Zatem pojawiają się raz w miesiącu na komisjach oraz sesjach i głosują. Głosują zresztą tak, jak cały świat zachodniej demokracji. Ci, którzy są w koalicji, najczęściej są za, a ci, którzy są z opozycji, czasami są przeciw lub się wstrzymują. Nic wyjątkowego pod słońcem.
Podobnie rzecz dotyczy burmistrza Wschowy. Nawet bardziej burmistrza, niż radnych, bo podwyżkę wymuszają odpowiednie przepisy i nie ma tutaj o co kruszyć kopii. Owszem – skala podwyżki, która przypadnie w udziale burmistrzowi Wschowy, może wydawać się na wyrost, szczególnie tym, którzy nie przepadają za jego modelem zarządzania Wschową, ale to też nie ma większego znaczenia. Znam zresztą kilka osób (no może jedną, ale podejrzewam, że jest ich zdecydowanie więcej, może nawet większość), które twierdzą, że to najlepszy burmistrz w historii wschowskiego samorządu. Skoro najlepszy, to dlaczego miałby się ograniczać, prawda?
Jakkolwiek nie oceniać Rady Miejskiej, czy aktywności obecnego burmistrza, wydaje się, że jednego możemy być pewni. Chyba raz na zawsze pogrzebano w tym mieście romantyczno-idealistyczną wersję wschowskiego samorządu. Nie wiem w sumie, czy to dobrze, czy źle. Niemniej czas, kiedy stawiano sobie za punkt honoru pewien model samoograniczenia, odszedł do lamusa. Z tej perspektywy, ci, którzy w poprzednich latach nakładali na siebie taki gorset, wydają się dzisiaj naiwnymi frajerami. Myślę, a właściwie jestem przekonany, że już nikt tego frajerstwa w samorządzie nie będzie uprawiał.
Nie jestem pewien, co właściwie stanowiło kamień węgielny w poprzedniej epoce samorządności (żeby nie było, nie twierdzę, że zacznie się ona wraz z obecnymi podwyżkami, raczej, że będzie ona wyraźnym podsumowaniem procesów, jakie zachodzą we wschowskim samorządzie od dłuższego czasu). Wydaje mi się, że nic. Nic ważnego. Może z początku jakaś entuzjastyczna wiara w to, że się teraz będziemy sami rządzić, bo jesteśmy samorządem. Jakby tego nie oceniać, zawsze to była sprawa garstki ludzi, którym nigdy nie udało się wyjść poza swoje wyobrażenie samorządności. Wymierzając przy tym skrupulatnie jej granice, w których mieścili się ci, co je wyznaczyli wraz z tymi, którym to w żaden sposób nie przeszkadzało.
Mamy więc w końcu dwie solidne nogi samorządu (wschowskiego), czyli my-garstka, a reszta niech się buja oraz nam-garstce nie wypada się ograniczać (a reszta niech się buja). Nie mam też wątpliwości, że przez ostatnie 30 lat ojcowie samorządu (wschowskiego) wychowali sobie córki i synów samorządu (wschowskiego) i mamy dzięki temu wyjątkową miksturę samorządności. Polega ona na prostym założeniu. Kto nie z nami (z garstką osób), ten przeciwko nam, a kto z nami (tworząc tę elitarną garstkę osób), ten się nie musi ograniczać. Naprawdę solidne dwie, spiżowe nogi samorządu, które – mam nadzieję – będą triumfować przez kolejne trzy dekady. Módlmy się o to, czy co tam kto uważa za stosowne.
Foto wykorzystane w grafice: The Lazy Artist Gallery z Pexels

Dodaj komentarz