Podcast ,,Pod Mocną Wschową” tworzą trzy osoby: Rafał Zakrzewski, Krzysztof Owoc i Rafał Klan.
Planowaliśmy rozmowę o trzech sprawach, ale tym razem zdominowała naszą dyskusję sprawa radnej Katarzyny Owoc-Kochańskiej.
bezgrunt
Podcast ,,Pod Mocną Wschową” tworzą trzy osoby: Rafał Zakrzewski, Krzysztof Owoc i Rafał Klan.
Planowaliśmy rozmowę o trzech sprawach, ale tym razem zdominowała naszą dyskusję sprawa radnej Katarzyny Owoc-Kochańskiej.
–––––––
W czerwcu tego roku miną dwa lata od nieuzasadnionego wypowiedzenia umowy o pracę pełnomocniczce burmistrza ds. profilaktyki i młodzieży. Zanim kilka słów napiszę o tym, na co zwrócił uwagę Sąd w tej sprawie (cały wyrok wraz z uzasadnieniem, znajduje się pod artykułem), przypomnę dyskusję, jaka odbyła się 24 czerwca 2019 roku podczas VIII sesji Rady Miejskiej we Wschowie. Wtedy to opinia publiczna dowiedziała się, że w wyniku nowego regulaminu organizacyjnego Urzędu, pracę straciła pani pełnomocnik ds. profilaktyki i młodzieży. Swoją drogą polecam przesłuchanie tej dyskusji – TUTAJ od 24 minuty nagrania do 28 minuty.
Burmistrz Konrad Antkowiak twierdził wtedy, że likwidując stanowisko pracy pani pełnomocnik, zaproponował Jej inne miejsce pracy. Że nie było w tym złych intencji, ale pani pełnomocnik nie przyjęła tej propozycji, więc dostała wypowiedzenie. Radny Miłosz Czopek stwierdził wtedy, że przecież likwidacja tego stanowiska jest pozorna, bo wszystko, co było przypisane pełnomocnikowi, jest zadaniem własnym gminy. Burmistrz nie potrafił na to odpowiedzieć, nie odniósł się do tego. Chyba nie mógł, bo skoro twierdził, że nie miał złych intencji, kiedy proponował inne stanowisko, to jak odpowiedzieć na pytanie o pozory, które stwarzał. Pominął więc to i jeszcze raz powtórzył, że proponował przesunięcie zewnętrzne. Kiedy radny Miłosz Czopek dalej dopytywał o te sprawy, pytając, czy oferta nowego stanowiska była adekwatna do kwalifikacji – burmistrz odpowiadał, że była adekwatna. Jeżeli Państwo przesłuchacie tę rozmowę, to usłyszycie również wypowiedź pani przewodniczącej Rady Miejskiej, która twierdziła, że osoba, której burmistrz złożył wypowiedzenie, nie była kierownikiem, tylko pełnomocnikiem.
Niezgodne z prawem
Ta rozmowa z 24 czerwca 2019 roku jest dobrym przykładem na to, jak można wprowadzać w błąd opinię publiczną i robić wrażenie, że wszystko jest dobrze. Niedługo miną dwa lata od tamtej ściemy, a nikt – ani burmistrz, ani jego klakierzy nie przyznali publicznie, że cały zabieg z likwidacją stanowiska pełnomocnika, a potem wypowiedzenie umowy było nieuzasadnione i naruszało przepisy Kodeksu Pracy. Proszę przyjrzeć się tej sesji. Obok burmistrza siedzi radca prawny, a sesję prowadzi pani przewodnicząca. Za chwilę się okaże, kiedy Sąd zajmie się tą sprawą, że stanowisko pełnomocnika było stanowiskiem kierowniczym, co zapewne zaskoczyło panią przewodniczącą, która na sesji była innego zdania. Wypowiedzenie zaś umowy było niezgodne z prawem. Po pierwsze dlatego, że stanowisko pracy definiuje się zupełnie inaczej, niż zrobił to burmistrz. Jak czytamy w uzasadnieniu do wyroku każde stanowisko ma przypisane konkretne zadania i pełni konkretną funkcję. Kiedy więc naprawdę likwiduje się to stanowisko, to znaczy, że likwiduje się wszystkie te konkretne zadania. To znaczy, że od tej pory gmina nie powinna wykonywać zadań, które w tamtym czasie wykonywała pani pełnomocnik. Jak wykazał Sąd okazało się to niemożliwe z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że zadania, wykonywane przez panią pełnomocnik, należą do zadań własnych gminy. Po drugie dlatego, że po zwolnieniu pani pełnomocnik, jej zadania zostały przekazane innemu pracownikowi Urzędu Miasta i Gminy Wschowa oraz podpisano umowę z jedną z pań sołtysek, aby fragment zadań zwolnionej osoby, mógł być kontynuowany (nie będę wchodził w szczegóły tej sytuacji, dokładnie jest to opisane w wyroku).
Nie było likwidacji stanowiska
Zatem – Sąd stwierdził, że wbrew temu, co twierdził burmistrz, reorganizacja Urzędu nie spowodowała likwidacji tego stanowiska. Innymi słowy – likwidacja była pozorna, burmistrz chociaż mówił, że stanowisko zlikwidował, to w myśl prawa, nie dokonał rzeczywistej likwidacji.
W tej sprawie jest jeszcze jeden ważny czynnik, na który zwraca uwagę Sąd. Powódka, czyli była już pełnomocniczka ds. profilaktyki i młodzieży powinna poznać kryteria wyboru pracownika do zwolnienia. Co to znaczy? Ano tyle, że w takich sytuacjach, kiedy wypowiada się umowę o pracę i to wypowiedzenie nie jest z winy pracownika, należy dokonać analizy kompetencji osób, które wykonują lub będą wykonywać zadania, które wcześniej wykonywała pani pełnomocnik. Innymi słowy – Urząd powinien przed wypowiedzeniem przeprowadzić analizę i na tej podstawie wytypować pracownika do zwolnienia. Z taką informacją była pełnomocnik również się nie spotkała. Na pytanie Sądu – co zdecydowało o zakwalifikowaniu pani pełnomocnik do wypowiedzenia umowy – burmistrz nie potrafił odpowiedzieć. Nie wiedział. Wszystko wiedział 24 czerwca na VIII sesji Rady Miejskiej we Wschowie, ale już przed Sądem nie znał odpowiedzi na to, wydawałoby się proste pytanie. Nie muszę dodawać, że Sąd przyznał pani pełnomocnik odszkodowanie w związku z nieuzasadnionym zwolnieniem z pracy.
Poniżej wyrok i uzasadnienie.
Publicon, to wrocławska agencja public relations, która zajęła się zmianą/odświeżeniem wizerunku Wschowy. Opis tego można znaleźć na ich stronie – TUTAJ. Jest to zmiana na razie zewnętrzna. To znaczy, że mamy do czynienia z dwoma hasłami, uzupełniającymi nazwę miasta – pozostań sobą i właśnie tu. Co należałoby czytać – Wschowa. Pozostań sobą i/lub/zamiennie Właśnie tu. Wschowa. Nie wiadomo, czy poza tym, kryje się coś więcej.
Nie sposób też dzisiaj powiedzieć, czy za zewnętrzną zmianą, pójdą kolejne kroki. Czy zmieni się też wschowski Urząd, a mając na myśli wschowski Urząd, nie myślę o urzędnikach, a osobach, które stoją na jego czele. Ponieważ z odświeżaniem wizerunku miasta jest jak z termomodernizacją. Można oba procesy wykonać na dwa sposoby. Odnowić zewnętrznie i na tym poprzestać – nowe logo, nowe hasła promocyjne, nowa kostka brukowa, nowy budynek. Lub wykonać ogromną pracę, dzięki której nie tylko będzie się liczyła najprostsza, zewnętrzna forma, ale prawdziwe (niezmanipulowane) przekonanie mieszkańców i osób z zewnątrz.
Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś poważnie traktował hasło, które agencja Publicon proponuje do budowania nowego wizerunku miasta, czyli pozostań sobą, jeżeli burmistrz Wschowy nie zmieni czegoś w swojej skrajnej polityce zarządzania zasobami ludzkimi. Bo, jeżeli się orientuję, wiele osób chciało pozostać sobą w tym mieście – między innymi panie Marta Malkus i Malwina Chruścicka. I nikt raczej nie ma wątpliwości, że ich bycie sobą, zostało wyplute przez rządzących i ich klakierów. Więc już na samym starcie ta zmiana wizerunkowa posiada dość poważne wady, których nie zakryje chwytliwa błyskotka, ani życzenia na Dzień Kobiet.
Z drugiej strony – bycie sobą w małym miasteczku jest z definicji niemożliwe. Nawet kilka dni temu, jedna ze wschowianek na facebooku przy okazji dyskusji o tym haśle ironicznie powątpiewała w jego intencje. Być sobą? We Wschowie? Natura małych miasteczek jest niechętna każdemu, kto nieco wystaje ponad jego standardy. Prywatnie, zamkniętym w czterech ścianach – owszem. Ale w publicznej sferze? Niemożliwe.
Nawet enklawa, jaką był jeszcze kilka lat temu Festiwal Podróżników 100droga, została wypluta z tego miasta przy milczącej zgodzie mieszkańców. Tybetańskie misy, pokazy kulinarne, warsztaty etnograficzne, niszowe filmy dokumentalne, podróżnicy – tak, można wtedy było powiedzieć, że raz w roku w przestrzeni publicznej człowiek czuł się sobą. Tę inność doceniała lokalna społeczność i osoby z zewnątrz (bo pomysł na odświeżenie wizerunku miasta dotyczy komunikacji wewnętrznej, skierowanej do lokalnej społeczności, jak i komunikacji zewnętrznej, skierowanej do partnerów z zewnątrz, posłów, ale również do mieszkańców innych miast).
Chcę przez to powiedzieć, że potencjał tego miasteczka dawno temu realizował to hasło. Nawet wtedy, kiedy organizowano festiwal Burning Sun, do którego zabrakło cierpliwości. Jak również wtedy, kiedy stowarzyszenie Czas Art., wydawało albumy ze zdjęciami mieszkańców gminy. Mnie samemu została w pamięci wypowiedź jednego z uczestników spotkania przy okazji premiery podwójnego wydawnictwa, któremu patronował Czas Art. Mieszkaniec ten przyznał wtedy, że robił kilkadziesiąt lat zdjęcia różnym miejscom Wschowy, które ulegały zmianie. Za każdym razem myślał, że w sumie nikomu się to nie przyda. A okazało się, że w tym mieście powstała inicjatywa, która świetnie odpowiedziała na tego rodzaju potrzeby.
To są przykładowe inicjatywy, które pojawiły się w tym mieście. Nie będę ukrywał, że pochodzą z mojej bańki informacyjnej. Ale jest ich zdecydowanie więcej – wędkarze, kibice Unii Leszno, Katolicka Wschowa, która organizowała przed pandemią jedne z większych imprez plenerowych itd., itp. – to wszystko tutaj funkcjonuje i tętni życiem. To świadczy o różnorodności tego miasta. Nie trzeba zewnętrznej, wrocławskiej firmy, która zajmie się rebrandingiem. Wystarczy odrobina wyobraźni, żeby tym potencjałem dobrze zarządzać.
Stąd rodzi się pytanie – czy odświeżając wizerunek Wschowy chodzi jedynie o to, żeby to hasło pojawiło się w kalendarzach lub na papierze urzędowym, na stronie internetowej, czy w stopce urzędowego maila, czy też za tym kryje się coś głębszego i autentycznego. Bo gdyby tak było, że chodzi o coś więcej, to prawdę mówiąc, byłaby to praca na wiele pokoleń. Warta wysiłku, jeżeli tylko poważnie ją potraktować.
Sam pomysł na odświeżenie marki nie jest złym rozwiązaniem. Pod warunkiem, że brakuje nam kropki nad i, wisienki na torcie, że zaszliśmy już tak daleko w realizowaniu swoich pomysłów, że najlepiej, aby ktoś z zewnątrz spojrzał na to wszystko świeżym okiem i kilka spraw poukładał, dopełnił lub dopowiedział. Czy Wschowa obecnie znajduje się w takim miejscu? Śmiem wątpić.
ps. drugą część poświęcę graficznej nazwie miasta i haśle – Właśnie tu. Wschowa.
Wczoraj na wschowa.news pojawił się artykuł, w którym Krzysztof Owoc pokazał, że koszty, jakie gmina poniosła z powodu powództwa byłego pełnomocnika burmistrza Wschowy ds. Profilaktyki i Młodzieży, wyniosły 14 279,98 złotych. Warto przy okazji tej kwoty przypomnieć artykuł, który pojawił się w lutym na stronie Nowe Opinie – Od mieszania herbata nie staje się słodsza./
Pokazałem tam, że jedynymi pieniędzmi, z jakich gmina mogła zapłacić tę kwotę, pochodzą z dochodów własnych. Państwo nam nie kredytuje takich spraw. Burmistrz również w tym zakresie nie pozyska funduszów z Unii Europejskiej, poseł z Zielonej Góry też tutaj nie pomoże. A więc gmina mogła zapłacić odszkodowanie ze środków, które uzyskała ze sprzedaży mienia, z różnych opłat, które gmina pobiera, oraz z podatków lokalnych (w dużej mierze od nieruchomości, bo stąd ma sporo wpływów), jak i z PIT (tutaj też kwota w porównaniu z innych dochodami jest w miarę spora) i CIT. Zdecydowana większość tych środków pochodzi od mieszkańców gminy Wschowa.
Żeby to dobrze zilustrować, podając przykład możliwego źródła, z którego została opłacona ta kwota, warto pokazać to w następujący sposób. Załóżmy, że mieszkańcy na osiedlu, na którym mieszkam, średnio płacą do gminy 80 złotych podatku od nieruchomości. Zakładam, że średnio w każdym bloku są cztery klatki schodowe po 8 mieszkań. Mamy więc na jeden blok – 32 mieszkania. Jeżeli te mieszkania pomnożymy przez 80 złotych, to uzyskamy kwotę podatku – 2560 złotych. Będzie to kwota z podatku od nieruchomości, jaką gmina pobiera od mieszkańców jednego bloku. Tak plus minus.
Żeby uświadomić sobie, ile bloków w mojej okolicy musiało się złożyć na tę kwotę, dzielimy 14 279,98 złotych (to ta kwota odszkodowania i pochodne) przez 2 560 złotych, którą otrzymaliśmy z sumy podatków od nieruchomości z jednego bloku. To nam daje 5,578 bloków. Czyli mieszkańcy 5 bloków i dwóch klatek z szóstego bloku złożyli się na wypłatę odszkodowania i pochodnych.
Jak tak się rozejrzę, wychodząc z klatki schodowej na zewnątrz, to widzę, że to mój blok, blok naprzeciwko, blok po prawej stronie i dwa bloki za mną teoretycznie złożyły się na to odszkodowanie.
– W trakcie liceum, ale również podczas studiów byłem bardzo związany z parafią św. Jadwigi Królowej we Wschowie. Pewnego razu, kiedy przyjechałem z Wrocławia, po dłuższej nieobecności, spacerując po mieście, spotkałem panią kościelną. Zobaczyła mnie i krzyknęła: synek. Podbiegła, przywitaliśmy się, powiedziała, że wspólnota się za mnie modliła i życzą mi wszystkiego najlepszego. Bardzo mnie to dotknęło. Kiedy o tym myślę, mam takie poczucie, że to jedno z ważniejszych dla mnie wspomnień. Wtedy też dotarło do mnie – ilu ludzi we Wschowie we mnie zainwestowało. Jaką otrzymałem pomoc – od nauczycieli, od księdza proboszcza, od osób, którym nie byłem obojętny. Myślę, że to odcisnęło duże piętno na moim obecnym życiu i jeżeli mam wrażenie, że dobrze mi idzie, to jest to niewątpliwie zasługa wszystkich tych osób, z którymi zetknąłem się we Wschowie. Pomyślałem więc, że chciałbym się im odwdzięczyć. W sumie – całej wschowskiej społeczności – mówi Norbert Czechowski, wschowianin, doktorant, prowadzący zajęcia na Uniwersytecie. Cała rozmowa jest dostępna w materiale, zamieszczonym poniżej. Zapraszam do wysłuchania.
Pierwsze były ,,Dziewczyny” (2012-2017) amerykańskiej reżyserki, scenarzystki i aktorki, 26-letniej wtedy Leny Dunham (wymyśliła ten serial i zagrała główną rolę, a jej partnerem filmowym był młodziutki Adam Driver). Co to się wtedy działo, kiedy ten serial się pojawił na HBO, to aż miło się do tego wraca. Bez pruderii, owijania w bawełnę, odważnie opowiadający o kilku przyjaciółkach w sposób, w jaki się do tej pory w tego rodzaju produkcjach nie mówiło. Pisało się o nim, że to mamroczące pokolenie dwudziestolatków po studiach, szukających sobie pracy, bez większych sukcesów zawodowych (efekty kryzysu ekonomicznego z pierwszej dekady XXI wieku), neurotyczni, erotycznie wykolejeni, będący głosem swojego, a na pewno jakiegoś pokolenia. Serial budził i kontrowersje i zachwyty. Mierzył się z krytyką, bo dominowali tutaj, w środku Nowego Jorku, biali bohaterowie, co uważano za karkołomny zabieg, oddalony o tysiące kilometrów od wielokulturowej Ameryki. Miał więc ten serial różne potknięcia, ale sposób w jaki pokazywał neurozę bohaterów, erotyczne doświadczenia, nie siląc się, by zaspokoić gusta tradycyjnej widowni (każda widownia jest tradycyjna, każdy widz bez wyjątku jest konserwatywny), wychowanej na lukrowanych opowiastkach, na pewno przeszedł do historii i wyznaczył kierunek.
Potem Sam Levinson w 2019 ujawnił się z ,,Euforią” (to ten sam twórca, odpowiedzialny za ,,Malcolma i Marie, w jednej i drugiej produkcji świetnie odnalazła się gwiazda
do niedawna disneyowskich produkcji – Zendaya). U Levinasa podglądamy nieco młodsze pokolenie niż u Dunham, kończące powoli szkołę średnią. To 17-latkowie, których świat dorosłych i sprawy, na które nie mają wpływu (jak chociażby dwubiegunowość głównej postaci), wypycha ich poza margines świata, w którym nie dzieje się wcale lepiej. Wydawałoby się, że wiek tutaj ma jakieś znaczenie, że oba te środowiska, które Dunham i Levinas podglądają, będzie więcej różnić, niż łączyć. Okazuje się, że nie, co jest akurat bardzo ciekawym spostrzeżeniem, bo wydaje się, że mamy do czynienia z utrwalającą się kompozycją młodych ludzi, urodzonych po 2000 roku, w której dominuje neurotyczność, płynność, niepewność i poniekąd ogromny strach o przyszłość. Chociaż może się wydawać, że wszyscy żyją z dnia na dzień i poza ćpaniem i ruchaniem nic ich więcej nie interesuje. Ale to akurat jest jedynie fasadą, istotną, owszem, czasami definiującą ich wybory, ich tożsamość, ich początek dnia lub koniec, ale wciąż fasadą. Bo jak to bywa między ludźmi – buduje się przy okazji tej fasady lub pomimo jej istnienia – mniej lub bardziej udane związki, które przeradzają się w przyjaźń lub coś więcej.
Nawiasem mówiąc, niedawno dotarło do mnie – dlaczego Euforia przeszła jakoś obok mnie. To znaczy – bez przesady. Doceniam oczywiście, ale w tym portretowaniu młodego pokolenia, nie sposób nie zauważyć kalek z ,,Dziewczyn” Leny Dunham. Można znaleźć nawet podobne postacie o niemal identycznym profilu, chociaż u Levinasa nieco zwulgaryzowanym. Paradoksalnie – uświadomiła mi to ostatnia produkcja amerykańskiej reżyserki, czyli serial ,,Branża” z 2020 roku. Bo Dunham naprawdę jest jakimś głosem, jednym z wielu, jakiegoś pokolenia. Ten zresztą charakterystyczny dla naszych czasów odwrót od stygmatyzowania swoich obserwacji i spostrzeżeń uniwersalnym wzorem pojawił się u Dunham w 2012 roku. W pierwszym odcinku serialu ,,Dziewczyny”, w którym Hanna Horvath (grana przez reżyserkę) mówi do swoich rodziców, że ma poczucie, że jest głosem swojego pokolenia, a przynajmniej jakimś głosem, jakiegoś pokolenia. I w odróżnieniu od Levinasa i swojej poprzedniej produkcji, zrobiła krok do przodu, pokazując swoich nowych bohaterów z zdecydowanie bardziej malowniczym stroju. Jest więcej tożsamości kulturowych i seksualnych, ale przede wszystkim ich relacje erotyczne są zdecydowanie feministyczne.
Nie ma tutaj przemocowych scen, w których dominują mężczyźni, nie ma wulgarności, ani męskich fantazji, którym reszta musi się koniecznie podporządkować. Jest sporo seksu, ale w odróżnieniu od dwóch wcześniejszych seriali, są to sceny zdecydowanie bardziej partnerskie i demokratyczne. Przemoc za to jest ulokowana gdzie indziej. W korporacyjnych mechanizmach, które wypluwają każdego, kto się im nie podporządkuje. Pozornie, bo i tutaj Dunham daje zielone światło tym, którzy w korpolandii niekoniecznie chcą zapuścić korzenie.
W każdej z tych produkcji bezceremonialnie, odważnie, czasami z niezwykłą empatią, a czasami nieco schematycznie pokazana jest seksualność młodych ludzi, siła przyjaźni, intymności, jaka z tego wynika w konfrontacji ze światem, który cywilizacyjnie, technologicznie z roku na rok robi niesamowite postępy, ale emocjonalnie zupełnie nie jest gotowy na wrażliwość nowych pokoleń. U Levinsona to grupa 17-latków. U Dunham – osoby po studiach, wkraczające w dorosłe życie, testujące rynek pracy, próbując się w nim odnaleźć, podporządkować sobie, rozbijając się nieustannie o upiorną rzeczywistość świata, poukładanego przez starsze pokolenia.
Krzysztof Owoc w tekście ,,Tańcz, głupia tańcz”, opublikowanym na portalu wschowa.news odniósł się do urządzenia pikniku organizacji pozarządowych. To nowe zadanie, które pojawiło się w niedawno opublikowanym konkursie ofert na realizację zadań publicznych. Dla osób niezorientowanych dodam, że konkurs dla stowarzyszeń, to taki pomysł, dzięki któremu kluby sportowe i stowarzyszenia otrzymują pieniądze, ponieważ gmina nie jest w stanie sama z siebie, za sprawą instytucji i osób, które w nich pracują, realizować zadania własne, które nakłada na gminę państwo.
W związku z tym robią to w imieniu gminy organizacje pozarządowe. Nie na odwrót. Gmina nie robi łaski, że organizuje te konkursy i przeznacza środki na stowarzyszenia. Gmina po prostu nie ma takich możliwości, nie ma takich pieniędzy i nie ma takich zasobów ludzkich, żeby robić to, co robią stowarzyszenia. Najczęściej stowarzyszenia robią to za darmo. Przynajmniej we Wschowie. Tutaj utarło się (aczkolwiek to nie jest żadna norma) myśleć, że pieniądze za swoją prace może dostawać co najwyżej dyrektor CKiR lub dyrektor muzeum, a osoba, która organizuje w ramach stowarzyszenia jakąś imprezę kulturalną – nie może mieć za to zapłacone. Dlatego też – jak widać z tego prostego przykładu – imprezy organizowane przez stowarzyszenia i kluby sportowe są najzwyczajniej w świecie tańsze. Ponieważ impreza się odbywa, ale odchodzą koszty za pracę członków stowarzyszeń i klubów sportowych.
Wróćmy jednak do pikniku dla organizacji pozarządowych, o którym pisał Krzysztof Owoc. Ten piknik to nowy pomysł gminy. Wcześniej czegoś takiego nie było. Nie dziwię się więc, że ktoś w gminie wpadł na ten pomysł. Jak słusznie wykazał Krzysztof, nie mógł na ten pomysł wpaść burmistrz, bo ten w trakcie kampanii nabrał wszystkich, mówiąc, że za jego rządów, to właśnie organizacje pozarządowe zyskają na tym, że będzie burmistrzem. Wiadomo, że okłamał (mógłbym użyć jakiegoś łagodniejszego synonimu, ale szkoda czasu na tę zabawę) na tym polu wszystkich wyborców. Bo nie tylko okazało się, że ma krótką pamięć, to za jego kadencji cofnęliśmy się co najmniej o 10 lat w kwestii finansowania stowarzyszeń (ten krok w tył zresztą najlepiej oddaje styl zarządzania gminą w tej kadencji). Że nie wspomnę historii, kiedy z programu współpracy z organizacjami potrafiono po cichu wymazać zapisy, które potem kosztowały organizację brak dotacji. Oczywiście ktoś powie – że stowarzyszenia mogły sprawdzić ten regulamin i wykryć, że gmina wysyła ich na minę. No mogły oczywiście, że mogły, ale może jeszcze wtedy wierzyły, że mają przed sobą poważnych i przyzwoitych ludzi. No, ale okazało się, że nie, więc mają nauczkę te organizacje, którym się teraz proponuje piknik.
Jednak nie chcę do tego wracać, bo co innego rzuciło mi się w oczy po lekturze tekstu Krzysztofa Owoca. Zrozumiałem w końcu dlaczego wokół burmistrza nie ma tych wszystkich osób (no prawie wszystkich, ktoś tam się jeszcze ostał), które szły z nim do wyborów i wypisywały te wszystkie cyniczne obietnice. Rozumiem właściwie dlaczego tak duża rotacja jest w urzędzie i dlaczego burmistrzowi tak pilno do Zielonej Góry, kiedy go tam wzywają, i dlaczego w takim niezwykłym pośpiechu stara się omijać sesje Rady Miejskiej. W końcu to do mnie dotarło. Dzięki temu piknikowi. Otóż myślę sobie, że taki poseł, z którym się burmistrz spotyka nie ma pojęcia, co ten naobiecywał mieszkańcom Wschowy, a czego nie zamierza realizować. Nowe otoczenie burmistrza w urzędzie też pewnie nie wnika z jakim programem szedł do wyborów. Zapewne nowemu teamowi burmistrza wydaje się, że bierze udział w jakiejś nadzwyczajnej misji, zapoczątkowanej przez Konrada Antkowiaka, której celem jest oświecenie miasteczka barbarzyńców.
Nowy team jest z zewnątrz, więc burmistrz może mu spojrzeć w oczy. Dotychczasowym współpracownikom byłoby trudniej, bo jak im wytłumaczyć, że cała gadanina o wielkich wzorach samorządowych, była tylko ściemą. Nowy team jest w stanie wymyśleć w ciągu roku piknik dla organizacji pozarządowych za 10 tysięcy złotych i zapewne sądzi, że stał się autorem czegoś, co to miasto zrewolucjonizuje, wyniesie z tej wiejskiej przytupawy. Być może w ogóle to jest maksimum jego możliwości. W końcu rok minął, a jeden pomysł przybył. Niech i tak będzie. Ale – drogi teamie burmistrza – postaraj się bardziej. Ten pomysł w swoim potencjale, gmina Wschowa osiągnęła co najmniej 10 lat temu. Nie dlatego, że taki piknik się u nas odbył, ale dlatego, że od tamtego czasu nikt w miarę (powtarzam w miarę, bo zdarzały się niechlubne wyjątki) nie przeszkadzał organizacjom i nie robił im pod górkę przy aplauzie klakierów. Pomysł z piknikiem zresztą od biedy ściągnięty jest z większych ośrodków, gdzie zapewne nikt tak nie traktuje stowarzyszeń, jak obecna, wschowska władza. Burmistrz przyklepał ten pomysł, a wasza pomysłowość choć na pewno szlachetna, pogłębia tylko to tąpnięcie, którego jesteśmy świadkami od dwóch lat.
Tak więc drogi teamie nie gniewaj się, że nie robi to wrażenia. Trochę się wysilcie, prześledźcie historię ostatnich 5-6 lat tej gminy, a wszystko zrozumiecie. Być może porzucicie nawet otoczenie burmistrza, przyłączycie się do prawdziwej rewolucji i dopiero wtedy – miejmy nadzieję – wspólnie, na jakimś specjalnie temu dedykowanemu piknikowi, otrząśniemy się z marazmu, który zafundował obecny burmistrz i jego najbliższe otoczenie. Powodzenia. Jak mówił burmistrz, chociaż już tego nie pamięta – o lepszą Wschowę rzecz się rozchodzi, a nie o wtórne, skopiowane pomysły w mieście, gdzie się depcze organizacje pozarządowe. Trochę powagi, drogi teamie.
W poprzedniej kadencji, kiedy burmistrzem była Danuta Patalas, pojawiały się dwie gazety, związane z obozem rządzącym. Jedna – wydawana przez CKiR. Druga przez Stowarzyszenie Odnowy Samorządu. Po przegranych wyborach – ani jedna, ani druga już nie wychodzi. Ta pierwsza, bo zmieniła się władza w Ratuszu. Zmieniono jej nazwę i szatę graficzną. Ta druga wraz ze stroną internetową stowarzyszenia przepadła na dobre. Dobrze wspominam ten czas, bo pracowałem wtedy w lokalnym portalu, na którego pogrzebie byłem wczoraj (2 marca). Sam jak palec. Nawet ich przyjaciel, taki na śmierć i życie, Umig, nie pojawił się na tej smutnej uroczystości. A szkoda, bo wydaje mi się, że skoro Umig tam teraz pisze, a ja kiedyś pisałem, to można było liczyć, że się razem spotkamy, razem zapłaczemy, wspólnie pójdziemy po pogrzebie na stypę.
Nic z tego. Człowiek, jak to mówią, sam przychodzi na ten świat, sam potem chodzi na czyjeś pogrzeby i w samotności też umiera.
Dobrze wspominam te czasy, bo lokalny portal starał się wtedy utrzymać równowagę informacyjną. Kiedy likwidowano w Umigu, wydziały i jeden z naczelników stracił pracę, lokalny portal o tym pisał. Kiedy były naczelnik wygrał z Umig sprawę w sądzie – informowaliśmy. Nie zamieszczaliśmy jakichś tekstów z Umigu, nie wiadomo przez kogo napisanych i nie wiadomo w jakim celu. Nie. Umig nam wtedy nie był do szczęścia potrzebny. Miał mnóstwo kanałów, którymi zarzucał mieszkańców informacjami. Kiedy ówczesny wiceburmistrz Wschowy domagał się od nas sprostowania, pisząc na dwie strony polemikę z felietonem ówczesnego radnego, nie ugięliśmy się. Odpowiadaliśmy, że w myśl prawa prasowego, tekst przesłany przez wiceburmistrza, nie spełnia standardów prawa prasowego. A kiedy przedstawiciel Umig sądził się z radnym w sprawie tegoż tekstu, pisaliśmy list otwarty do wiceburmistrza, publikując go w gazecie, wydawanej przez lokalny portal, przypominając, że wiceburmistrz reprezentuje środowisko, które wprowadziło do lokalnej debaty publicznej agresywny język. Kiedy z kolei w gazecie stowarzyszenia, której prezesem był ówczesny wiceburmistrz, pisano o przewodniczącej Rady Miejskiej, że była współpracownikiem SB, jako jedyni mieliśmy odwagę przeciwstawić się tym kalumniom i oszczerstwom. Powiem więcej – jako jedyni nie kalkulowaliśmy, zabraliśmy głos w obronie przewodniczącej, a po kilku latach, okazało się, że słusznie. Sąd w tej sprawie nie miał żadnych wątpliwości. Taki to był wtedy lokalny portal. Owszem, może nieco się postarzeliśmy w tym czasie, może nieco częściej zdarzały nam się nieprzespane noce, może cierpiało na tym nasze prywatne życie, ale za to mogliśmy spojrzeć w lustro i nie wstydzić się tego, co tam ujrzeliśmy.
Kombatanckie wspominki? No może tak, ale w takim małym miasteczku, ludzie szybko przyzwyczajają się do nowej rzeczywistości. Coś, co jeszcze wczoraj było dobrym wzorem, dzisiaj jest ledwie wspomnieniem – dla lokalnej społeczności nie ma to znaczenia. Wiem i prawdę mówiąc jest mi z tego powodu przykro.
Dzisiaj nie ma już tego portalu. Nie ma też równowagi informacyjnej. Tak, wiem, że to takie słabe – co to jest niby ta równowaga? Kolejna jakaś kodowska fantasmagoria, kolejna jakaś konstytucja w pigułce albo coś jeszcze gorszego.
Portal od dwóch lat nie wypowiedział się w żadnej ważnej sprawie. Kiedy odchodziła z Umig pani Malwina Chruścicka, kobieta niezwykle oddana sprawom gminy, lokalny portal milczał. Na szczęście w tej sprawie nie milczał sąd, ale o tym jeszcze będzie okazja napisać. Kiedy odchodziła pani Marta Małkus, poza relacją z sesji, na której próbowano panią Martę zdyskredytować, nie miał odwagi wypowiedzieć się na temat tego skandalicznego zachowania. Zamieszczał w tym czasie teksty, pisane przez Umig, żeby gnoić radną opozycji. Tak, gnoić, bo jakoś trudno mi to inaczej nazwać. W dodatku były to teksty anonimowe, bo nikt nie miał odwagi się pod tym podpisać. Ala za to gnoić radną miał odwagę. Od dwóch lat nie wykonał żadnej dziennikarskiej pracy. Żadnej. Udawał do tej pory, że jest lokalnym portalem, a stał się – proszę czytelników, zacznijmy w tym małym i depresyjnym miasteczku nazywać rzeczy po imieniu – miejscem, gdzie publikuje Umig. Co chce, jak chce i kiedy chce. Lokalny portal ani tego nie sprawdza, ani nie weryfikuje, ani nie ma wątpliwości. Można by powiedzieć – Umig rządzi. Tych spraw zresztą jest zdecydowanie więcej. Lokalny portal nie informował, kiedy przewodniczący komisji kultury sfałszował głosowanie na komisji, chociaż zwracał na to uwagę radca prawny. Nie pytał panią przewodniczącą Rady Miejskiej lub swoich przyjaciół z Umigu, jakie pieniądze przywieźli burmistrzowie, kiedy zostali wezwani w trybie pilnym do Zielonej Góry. Nie robi nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób tłumaczyć skomplikowaną, lokalną układankę wpływów, chorych ambicji, przerośniętego ego.
Tego 2 marca lokalny portal zamieścił swój nekrolog, publikując kolejny tekst Umigu. Tym razem o nieprawidłowościach w przedszkolach gminnych. Z niegdysiejszego obrońcy słabszych, gnębionych w poprzednich latach, stał się katem. Dobrze mu w tej roli. Dumny jest. Bo rządzi, jak Umig. Chwała mu, że w końcu może odgrywać tę rolę.
Nie będę wdawał się w szczegóły, dotyczące tego nowego tekstu, bo za chwile mleko się rozleje i każdy, nawet średnio rozgarnięty, będzie wiedział, o kim tym razem Umig napisał. Lokalny portal z kolei da upust anonimowym komentarzom, które sprawią, że będą mieli jeszcze więcej wejść na swój nagrobek i poczucie, że są siłą w tym miasteczku i nikt im nie podskoczy. Tym bardziej, że ich przyjacielem jest przecież Umig. Wolałbym, prawdę mówiąc mieć długi, komornika na głowie i nie mieć co do garnka włożyć, niż przyjaźnić się z tym konkretnym, współczesnym Umigiem.
A moim lokalnym przyjaciołom z facebooka, wielkim patriotom, odważnie i na każdym kroku, podkreślającym swoją ogromną niechęć do PiS-u, do TVP Info, do każdej decyzji, jaką rząd Prawa i Sprawiedliwości podejmuje, węszącym na każdym kroku wpadkę tego rządu, publikującym wszystkie możliwe linki, które podkreślają waszą odwagę i prawdziwą, niezmyśloną złość, chcę powiedzieć, co myślę – jesteście tym, co krytykujecie. Nie wierzę wam. Te same mechanizmy, te same działania, tę samą nagonkę w małej lokalnej społeczności potraficie wytłumaczyć, bronić jej do upadłego i stawać na baczność, kiedy Umig z lokalnym portalem są w pobliżu. Jaką trzeba mieć w sobie rozpiętość wrażeń, żeby widzieć PiS setki kilometrów stąd, a nie dostrzegać go pod nosem. Wątpię, czy cokolwiek widzicie. Ale nie wyrzucę was ze znajomych, tak, jak wy wyrzucacie tych, którzy tej rozpiętości wrażeń nie posiadają.
Byłem wczoraj (2 marca) na pogrzebie lokalnego portalu. Tak miał się zacząć ten tekst.
Rafał Klan
–––––––
Czy pamiętacie Państwo postać kucharza z samorządowego żłobka? Pytałem jakiś czas temu, czy straci pracę, chociaż świetnie sobie radzi w kuchni. Większość z Was nie miała złudzeń – powinien się już pakować. Nie będzie dla niego miejsca, skoro jednocześnie jest radnym, który nie ma ochoty ani przekonania, żeby kłaniać się w pas wójtowi/burmistrzowi/prezydentowi.
To ciekawe, bo większość z nas wychowana została w katolickim kraju, gdzie być może wierzy się, że w starciu Dawida z Goliatem, wygra ten pierwszy. Ale to nigdy nie była przypowieść o zwycięstwie dobra, moralności i wartości nad budzącym respekt Goliatem. Gdyby tak było, z tego pojedynku wyszedłby zwycięsko tylko jeden. Ta historia uczy czego innego. Że silnego, mocniejszego, bardziej zuchwałego, bez moralności i kręgosłupa, można pokonać jedynie sprytem. Nie każdemu to się udaje. Właściwie mało komu. Ale przynajmniej w tej starej historii Dawida i Goliata spotkali się naturalnie słabszy z naturalnie silniejszym.
Współczesny kucharz nie przegra dzisiaj z Goliatem, ponieważ ten drugi jest od niego zdecydowanie większy i mocniejszy z powodu naturalnych predyspozycji. Gdyby brano tylko to pod uwagę, kucharz mógłby być spokojny o swój los. Stare księgi przecież uczą, że w tym pojedynku wygrywa dobro.
Współczesny Goliat to tylko atrapa swojego przodka. Do niedawna o nowoczesnym Goliacie nikt nie wiedział. Nie dlatego, że celowo lub w ramach jakiegoś spisku, pomijano jego mięśnie i nadzwyczajną siłę. Po prostu ani tych mięśni nie miał, ani żadną siłą się nie odznaczał. Współczesny Goliat nie ma natury swojego poprzednika, ale posiada spryt Dawida. Głosi o tym na każdym rogu ulicy, ale nie po to, żeby osiągnąć poziom Dawida. Nie po to nauczył się jego sprytu. Rozumiecie ten paradoks? Słudzy, wiedząc, że nie obsługują Dawida, uwierzyli, że są w zespole Goliata. Stali się niczym, jak ani Dawid, ani Goliat.