Na profilu fb Wojciecha Kuryłły pojawił się drugi już tekst, który zdaniem autora, cytuję: ,,przedstawia wschowską rzeczywistość”. W najbliższy piątek, czyli 12 maja, wpis ten ma być kontynuowany, bo – wszystko na to wskazuje – pierwszy nie wyczerpał jeszcze tematu. Tym razem przyszły kandydat na burmistrza punktuje zaniechania CKiR i obecnego burmistrza w zakresie zarządzania bazą rekreacyjno-sportową. Gdyby streścić w jednym zdaniu to, co wynika z tego tekstu, mielibyśmy klasyczny cytat z ministra Bartłomieja Sienkiewicza, nagranego w restauracji ,,Sowa i Przyjaciele”, czyli jego znaną wypowiedź nt. rządowych inwestycji, która brzmiała: ,,ch..j, dupa i kamieni kupa”.
Czy to słuszna diagnoza? Tego nie będę teraz rozstrzygał. Pod wpisem pojawiło się sporo komentarzy, z których większość wypowiadających się, tak właśnie widzi te sprawy. Nie wszyscy, owszem. Jak zawsze w takich sytuacjach, kiedy stawia się coś na ostrzu noża, pojawiły się też inne wypowiedzi, wskazujące, że szklanka wcale nie jest tak pusta, jakby się autorowi wydawało. No i można było trafić na co najmniej jeden wpis pod tekstem, który stwierdzał i pytał jednocześnie mniej więcej tak: no dobrze, ale co proponujesz w zamian, bo wielu już takich było, co krytykowało, może nawet trafiało z diagnozami, ale mamy tu i teraz, konkretną sytuację budżetową gminy, więc co konkretnie chcesz zrobić, tylko bez ściemy, proszę.
Pomimo tego, że majowy wpis przyszłego kandydata na burmistrza przyniósł spore poruszenie (ponad 100 lajków i ponad 50 komentarzy), to mam wrażenie, że nadal unosi się nad nami zasłona, która od czasów burmistrza Krzysztofa Grabki (a później Danuty Patalas i obecnie Konrada Antkowiaka) nie pozwala wydostać się poza zaklęty krąg znanych rytuałów. Nie ma takiej możliwości we Wschowie, żeby lider jednego, lokalnego środowiska politycznego sprawił (wiem, że to dość nadęta terminologia i ma sporo ograniczeń, bo Wschowa, to nie Leszno, Zielona Góra, czy Poznań), że wszyscy będą szczęśliwi po wyborach i że wszystko będzie w miarę ok. Jeden lider, to jest zdecydowanie za mało, jedno środowisko, to tylko kolejna bańka internetowa, do której dopływ świeżego powietrza jest prawie, że niemożliwy. Nie wiem, jak to działa, ale Wschowa ma właśnie takie, a nie inne doświadczenia. Jedno środowisko, jeden lider, to na końcu raptem 4 tysiące głosów w II turze. To nawet nie jest połowa mieszkańców gminy.
Po drugie – ustawianie się (mam na myśli wyborców) w takiej roli, że to kandydaci na burmistrzów będą wyznaczać kierunki dyskusji, jest błędnym założeniem. Będzie to zapewne naiwne, utopijne stwierdzenie, ale okrzyki typu: brawo, dajesz kandydacie, w końcu ktoś coś powiedział, w końcu prawda jest na wierzchu, w końcu coś się zmieni itd., itp. nie świadczą o naszym entuzjazmie, tylko o tym, że mechanizm (jako taki) samorządu jest zgniły, że nikt na nic nie ma wpływu, a jedynie cztery osoby, które kiedyś, dawno temu, przed poprzednimi wyborami również twierdziły, że czas coś zmienić. Efekt jest taki, że cała reszta, która kiedyś krzyczała brawo i do zwycięstwa, teraz jedynie się temu przygląda, ewentualnie uczestniczy w tym, ale się nie uśmiecha. Pytanie jest takie – czy kandydat (jaki by on nie był) widzi ten zgniły mechanizm, jeżeli go widzi, to niech o nim opowie, bo trzeba się o tym przekonać, czy w ogóle wie o co kaman, a potem niech zdradzi, w jaki sposób zamierza sobie z tym poradzić. I z kim chce to zrobić, bo jeden lider w samorządzie, to poniekąd brak liderów, archaiczny projekt z ubiegłego wieku, mało otwarty, mało zostawia przestrzeni pozostałym uczestnikom, mało przydatny w drugiej dekadzie XXI wieku.
Przeczytałem ostatnio komentarze pod dwoma marcowymi wpisami na Hello Wschowa. Dotyczyły one totemów multimedialnych oraz budowy deptaka na ulicy Bohaterów Westerplatte. Z tej dyskusji (łącznie jest tam ponad 200 komentarzy) jasno wynika, że mieszkańcom, a przynajmniej tym, którzy wypowiadali się w tych dwóch wątkach zależy na tym, by Wschowa się rozwijała oraz by pojawiały się w mieście miejsca wypoczynku, gdzie można na przykład wypić kawę lub zjeść lody. Były też inne wypowiedzi, które mówiły mniej więcej tak: niech się miasto rozwija, ale z głową, niech powstają miejsca, gdzie ewentualnie będzie można się zrelaksować, ale niech i to będzie robione racjonalnie. Niemniej wszystkim zależało na tym, by ten rozwój był widoczny, wyrażający się w nowych inwestycjach (jakie by to miały być inwestycje – tutaj już każdy miał inny pomysł), by Wschowa mówiąc najkrócej szła do przodu, cokolwiek miałoby to znaczyć. W przypadku totemów dyskusja poszła w nieco innym kierunku. W związku z tym, że widnieje tam wizerunek obecnego burmistrza – dla jednych był to przejaw kompleksów szefa wschowskiego urzędu, dla innych istotne było, że w mieście pojawiły się totemy, traktowane, jako potrzebny wyraz nowoczesności, bo jak się powiedziało wcześniej, chodzi o to, żeby Wschowa się rozwijała, a nie zwijała.
Żeby było lepiej i ładniej
Myślę, właściwie jestem przekonany, że opinie, które tam się pojawiły są reprezentatywne i pokazują na czym zależy mieszkańcomtakich małych miasteczek, jak Wschowa. I nie jest to zbyt skomplikowane. Chodzi o to, by coś remontować, by dzięki temu miasto wyglądało lepiej, ładniej itd. Owszem – można się spierać, czy ta lub inna inwestycja powinna być realizowana teraz, czy może kiedy indziej, a może jest niepotrzebna, ale jest to do pewnego stopnia dyskusja bezprzedmiotowa, bo decyduje o tym burmistrz. Nauka jaka z tego płynie też nie jest skomplikowana. Jeżeli chcesz, żeby remonty, rewitalizacje i wszystko inne wyglądało inaczej – wygraj wybory. To prawda. Można oczywiście rozdzierać szaty, a nawet prowadzić bardzo ożywione, może nawet ciekawe dyskusje o konsultacjach społecznych, używając do tego staromodnych, iluzorycznych pojęć, usłyszanych lub przeczytanych w jakichś przemądrzałych książkach o partycypacji albo cholera wie czym jeszcze. Można, owszem. Nie przypominam sobie jednak, by kiedykolwiek rządzący ugięli się pod presją małej lub bardzo małej grupy, która uderza w tego typu tony, przynajmniej w takich miasteczkach, jak Wschowa. Taka postawa chwilami do tego stopnia wpisuje się w lokalny krajobraz, że staje się pewną egzotyką, lokalnym folklorem i niczym więcej. Chcecie posłuchać o jakichś ideach? – Pytają rządzący. To my uderzymy w stół, a idee się odezwą. Taki mamy klimat.
Gdyby jednak przyszli kandydaci na burmistrza Wschowy zaglądali na Hello Wschowa, żeby mieć jakiś punkt zaczepienia, mieć pogląd na to, jak myślą mieszkańcy o różnych sprawach, to coś tam można by sobie poukładać w głowie. Jakiś ogólny obraz się z tego wyłania. Powiedziałbym, że mniej więcej chodzi o to, by można sobie wypić kawę za powiedzmy 10 złotych na deptaku, którego budowa będzie kosztować powiedzmy 3 miliony złotych. To jest oczywiście skrajny wariant tego, co można by zrozumieć z rozmów wschowian, ale jest on uprawniony.
Za każdym razem potrzebna jest interwencja
Weźmy taki rynek, który sam w sobie jest martwy. Nic się tam nie dzieje. W tej kadencji sondowano, czy znajdą się inwestorzy, którzy chcieliby zainwestować w centrum administracyjno-usługowe, czyli tzw. nowy ratusz, który miał powstać naprzeciwko starego ratusza. Jak się okazało – prywatny biznes nie widział w tym większego sensu. Nie dlatego, że Wschowa nie jest fajnym miastem, ino dlatego, że jest zbyt mała, mieszkańcy nie są zbyt zamożni, po prostu się nie opłaca. Burmistrzowie dwoją się i troją od niepamiętnych czasów, żeby ożywić rynek. Zrewitalizowano to miejsce, próbowało się w niektóre lata postawić tam ogródek wiedeński, ostatnio organizuje się potańcówki, montuje się lodowisko itd., itp. Rynek, jak był martwy, tak jest, bo pomysł na jego ewentualne ożywienie za każdym razem polega na interwencji. Cała filozofia zarządzania miastem na tym polega. Z jednej strony mieszkańcy chcą, by coś się działo, jednocześnie samo z siebie nic się nie dzieje, więc samorząd od lat (być może taki jest jego niezbyt głęboki sens), stara się coś wyczarować, żeby zadowolić lokalną społeczność.
Jedno z drugim nie idzie w parze
A w ogóle to wszyscy przecież, w każdej gminie, w każdym mieście coś remontują. Jak nie w tym roku, to w następnym. Prawdę mówiąc nie znam takiego miejsca na świecie, które pod tym względem z premedytacją funkcjonuje inaczej. Nikt przecież nie zrywa asfaltu z drogi, by gawiedź mogła napawać się nowo powstałymi dziurami oraz kałużami. Rozwój, jakkolwiek on nie wygląda, jest wpisany w ludzkie DNA. Nawet w czasach stalinowskiego terroru odbudowywano Warszawę, a cały kraj podnoszono z wojennych ruin. A jednocześnie można na przykład wyremontować salę widowiskową CKiR (taki przykład) i wspominać jedynie, że w starej sali widowiskowej, przed jej remontem, raz w roku stowarzyszenie Twórcze Horyzonty organizowało Festiwal 100droga, przez długi czas można było w tej starej sali obejrzeć ambitne kino arthouse’owe itp. Mogłoby się wydawać, że postęp, czyli remont nowej sali przyniesie jeszcze więcej tego typu wydarzeń. Jak wiadomo – nic takiego się nie wydarzyło. Jedno z drugim w ogóle nie idzie w parze. Bo gdyby tak było, to termomodernizacja szkół warunkowałaby lepsze wyniki szkolne, nowe drogi – uważniejszych kierowców, odtworzenie historycznej części miasta – większe zainteresowanie historią, a nowy deptak na ulicy Westerplatte – większe zainteresowanie potencjalnych turystów, lol.
Made in Wschowa
Zatem nowe inwestycje będą realizowane, alleluja, opozycja nadal będzie w sporze z koalicją i na odwrót, propaganda będzie śmigać, że aż miło, obecny i następni burmistrzowie będą budować swoje małe lub większe frakcje, których jedynym pożywieniem i sensem ich egzystencji będzie wykluczenie wszystkiego i wszystkich, bo kto nie z nami, ten przeciwko nam itd., itp. I dopiero te dwa nieprzystające do siebie obrazy, dają nam prawdziwy rozwój, idealny postęp, milowy krok do przodu. Made in Wschowa rzecz jasna. Bo będziemy mieli aż deptak i tylko deptak, aż nowy park wolsztyński i tylko nowy park wolsztyński, zyskamy aż nowy pomost i będzie to tylko nowy pomost.
Foto wykorzystane w grafice: Sean Whang z Pexels
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Bukmacherzy wieszczą, że w tym roku dwa filmy mają spore szanse, żeby zgarnąć kilka znaczących statuetek. Są to ,,Na zachodzie bez zmian” 52-letniego Edwarda Bergera oraz ,,Wszystko wszędzie naraz” w reżyserii Daniela Kwana i Daniela Scheinerta (obaj 35-latkowie). Jeszcze miesiąc temu ten pierwszy obraz wydawał się pewniakiem, kiedy nieoczekiwanie zdominował brytyjski odpowiednik Oscarów, czyli Bafty, wygrywając niemal wszystkie najważniejsze kategorie w tym za reżyserię, najlepszy film, najlepszy film nieanglojęzyczny i scenariusz adaptowany. Ale na ostatniej prostej w wielu podsumowaniach amerykańskiej branży filmowej, to właśnie film ,,Wszystko wszędzie naraz” zdominował i zostawił daleko w tyle swoich konkurentów. I wygląda na to, że podobnie będzie na gali wręczania Oscarów.
„Na zachodzie bez zmian” – „Wszystko wszędzie naraz”
,,Na zachodzie bez zmian” powstał w oparciu o głośną, antywojenną książkę Ericha Remarqua o tym samym tytule. Kiedy film powstawał nikt jeszcze nie spodziewał się, że pod koniec lutego 2022 roku Rosja zaatakuje Ukrainę. Wydawałoby się więc, że obraz Bergera idealnie wpisał się w napiętą i niepewną sytuację świata zachodniego, ale pojawiły się głosy, które słusznie zwracają uwagę, że sytuacja w Ukrainie wyraźnie wywróciła pacyfistyczne marzenia Europy i całego świata do góry nogami. Większość krajów zrozumiała, że trzeba się zbroić, wydawać więcej pieniędzy na czołgi, broń, armie, a sama wojna w przypadku Ukrainy, która się broni przed najeźdźcą jest sprawiedliwą wojną w odróżnieniu rzecz jasna od niesprawiedliwej wojny, którą prowadzi Rosja. Stąd – ostatecznie – nie mamy dzisiaj nastrojów antywojennych, sam film wydaje się nieco odrealnionym obrazem, który zastał świat po 24 lutego w innym porządku i – czy tego chce, czy nie – w zupełnie odmienionej, wojennej niestety, logice.
Z kolei ,,Wszystko wszędzie naraz” zaczyna się niewinnie, sugerując rodzinny dramat, w którym umęczona do granic możliwości żona, matka i azjatycka imigrantka, prowadzi wraz z mężem rodzinny biznes, nie zauważając, że jej małżeństwo stoi nad przepaścią, a za chwilę zerwane zostaną ostatnie, wątłe zresztą, więzy, jakie łączą ją z queerową córką. Żeby tę rodzinę uratować, autorzy filmu uruchomią szaloną opowieść, inspirowaną filmami o superbohaterach i teorią wieloświatów. Okaże się, że główna bohaterka będzie musiała przejść histeryczną wręcz drogę przez dziesiątki swoich prawdopodobnych wcieleń, by zobaczyć samą siebie w innych scenariuszach życiowych. To z kolei da jej energię, by pokonać wszystkie przeszkody, w tym bandę złoli, czerpiących energię do walki, kiedy tylko nadzieją się (dosłownie) na dilda. Jest w tym filmie szaleństwo, którego chyba dawno nie było na dużym ekranie i pomimo tego, że na poziomie fabuły, cała rozbuchana fantazja, akrobatyka i woltyżerka służą bardzo prostej historii, to publiczność na całym świecie kupiła tę historię, zakochała się w niej, dając twórcom tym samym sukces komercyjny (budżet filmu wynosił 25 milionów dolarów, a zarobił już 105 milionów) i uznanie krytyków.
„W trójkącie”
Są oczywiście w puli nominowanych filmów zdecydowanie lepsze i ciekawsze historie, ale nie od dzisiaj wiadomo, że zdobycie Oscara, to suma wielu czynników, w tym pieniędzy wydanych na promocję, politykę tożsamościową, politykę w ogóle, różnego rodzaju trendy, które nie mają ze sztuką filmową niczego wspólnego, a czasami – jak to bywa w życiu – kolesiostwo i tego typu atrakcje. Niemniej tegoroczne nominacje uwzględniły wiele docenionych w 2022 roku filmów, jak ,,W trójkącie” ze Złotą Palmą w Cannes w reżyserii Rubena Ostlunda, który jest może i satyrą na kosmicznie bogatych ludzi, ale odnosi się wrażenie, że kiedy na ekranie pojawiają się końcowe napisy, to jedyna grupa ludzi, która ma ubaw z tego obrazu, to miliarderzy, którzy tak czy siak mają hajs i żyją jak chcą. A pozostali też żyją, no przecież, ale żadni z nich moralni zwycięzcy, ani ludzie, z którymi kosmicznie bogaci miliarderzy podzielą się swoim bogactwem. Niedoczekanie. Zatem satyra Ostlunda może i jest zabawna, a chwilami nawet prześmieszna, ale nic z niej nie wynika. I po seansie – jedynie, co można zrobić, to kupić tanie wino w Biedronce, żeby przez chwilę podtrzymać tę filmową ułudę w sercu, a potem o poranku wstać z bólem głowy i kontynuować jedyną i znaną we współczesnym kapitalizmie kulturę zapierdolu.
Można też śmiało powiedzieć na bazie nominowanych filmów, że w 2022 roku żaden obraz nie otarł się o arcydzieło. Są filmy dobre i bardzo dobre, wzruszające, sentymentalne, czasami budzące kontrowersje lub otwierające szerokie pole do interpretacji, a przez to umożliwiające ciekawą dyskusję. Są naprawdę interesujące, pogłębione kreacje aktorskie, świetne montaże, ale tak czy siak, na końcu mamy jednak przewagę – powiedziałbym – starego świata, który wciąż płacze nad męską przyjaźnią, jęcząc coś ustami krytyków o kryzysie męskości (,,Duchy Inisherin”) albo lepi postać kobiety z męskiej, toksycznej logiki perfekcjonizmu i władzy (,,Tar”).
„Fabelmanowie” i „Blisko”
Z drugiej strony można zestawić takie filmy, jak ,,Fabelmanowie” w reżyserii 77-letniego Stevena Spielberga (nominowany w tym roku między innymi za najlepszy film, reżyserię, oryginalny scenariusz i najlepsza aktorka pierwszoplanowa) i belgijskie ,,Blisko” 32-letniego Lukasa Dhonta (zdobywca Grand Prix w Cannes, ubiegający się o Oscara w kategorii najlepszy film międzynarodowy). W obu filmach mamy wątek przemocy szkolnej. U Spielberga ma ona charakter rasistowski, jego bohater (alter ego reżysera) urodził się w żydowskiej rodzinie i gdzieś na poziomie liceum spotyka się z antysemityzmem i przemocą fizyczną. U Dhonta mamy nieco młodszych bohaterów, 13-latków, którzy przyjaźnią się i są bardzo blisko siebie, okazując sobie sporo czułości (bez podtekstów seksualnych). Około 16-letni Sammy w ,,Fabelmanach” (jest to pierwsza połowa lat 60.) słyszy od swoich prześladowców (młodych, wysportowanych blond młodzieńców), że skoro jest Żydem, to jest odpowiedzialny za śmierć Chrystusa i zmusza się go, by za to przeprosił, jego nazwisko jest za każdym razem przekręcane, a on sam dostaje porządnie po mordzie. Sammy, owszem, ma z tym problem, ale jakoś nie odczuwa się, by to znęcanie miało wpływ na jego życie (w filmie tego nie widać, ale w rzeczywistości młody Spielberg porzucił Judaizm, kiedy kolejna przeprowadzka rodziców zakończyła się tym, że w okolicy nie mieszkali Żydzi, a nastroje antysemickie wokół miały się dobrze). W filmie Spielberga jego młody bohater jest niczym człowiek z żelaza, będzie płakał w poduszkę, zaciskał zęby, ale nie da się złamać. Można by uznać, że przemoc jest tam traktowana jak szczepionka. Inaczej to wygląda u belgijskiego reżysera. Tutaj też główne postacie zaczynają nowy etap edukacji, coś jakby gimnazjum po szkole podstawowej i stykają się z nową grupą rówieśników. Ich zażyłość i przyjaźń jest na tyle intensywna, że rzuca się w oczy. W rezultacie obaj są konfrontowani z pytaniami o to, czy są parą, a czasami zdarza się, że jeden z nich zostanie nazwany pedałem. I okazuje się, że chłopcy nie są z żelaza, nie zaciskają zębów, nie idą przez życie z wysoko podniesioną głową, przeciwnie, ich przyjaźń się rozpada, a skutków tego rozpadu nie sposób przewidzieć. W świecie Spielberga mamy świat, który może i jest okrutny i przemocowy, ale wszyscy przebywają w jego logice – ofiary i kaci. U Dhonta wbrew pozorom świat jest idylliczny niemal (dzieciaki palną coś głupiego, ale nie za bardzo zdają sobie sprawę z tego, co robią i nie ma to charakteru systemowego), przez co jego uczestnicy nie są w żaden sposób odporni, łatwo ich zdmuchnąć z planszy, nawet mimochodem, w pewnym sensie nieświadomie.
„Wieloryb”
Te dwa światy są obecne w filmach nominowanych do tegorocznych Oscarów. Czasami są one tak odległe, jak między ,,Fabelmanami” i ,,Blisko”, czasami się przenikają, jak w ,,Tar” (reżyseria Todd Field, 59 lat) lub ,,Duchach Inisherin” (reżyseria Martin McDonagh, 52 lata), a czasami skupiają się w jednej postaci, jak w ,,Wielorybie” Darena Aronofsky’ego (54 lata). I chyba Aronofsky stworzył najbardziej przejmującą postać w 2022 roku, a jedna z pierwszych scen w tym filmie (Brendan Fraser i Hong Chau nominowani w kolejności za najlepszą pierwszoplanową rolę męską i najlepszą drugoplanową rolę kobiecą) mówi nam więcej niż długie partie w innych. Widzimy oto Charliego, mężczyznę z otyłością, około 350 kilogramów, masturbującego się do pornograficznego, gejowskiego filmu, wyświetlanego na laptopie. Kiedy dochodzi, zaczyna odczuwać silny ból w klatce piersiowej, bierze do rąk esej, napisany przez osobą płci żeńskiej, poświęcony ,,Moby Dickowi” i czyta na głos, co go uspokaja. Za chwilę dowiemy się, że mamy do czynienia z wykładowcą akademickim, gejem, który w przeszłości był w związku małżeńskim z kobietą, mieli córkę, obie je zostawił dobrych kilka lat temu dla miłości swojego życia, studenta, z którym przez jakiś czas tworzył szczęśliwy związek. Ta krótka, otwierająca film scena, wprowadza nas w sam środek życia Charliego – jest tak sugestywna, a postać zbudowana przez Brendana Frasera tak wielowymiarowa, że wszystkie inne postacie w tym filmie wypadają przy niej blado, a ich historie w żaden sposób nie stanowią przeciwwagi dla losu głównego bohatera. Film przez to nie jest w stanie utrzymać odpowiedniej dramaturgii, kiedy tylko skupia się na innych postaciach, niemniej gdybym miał wybrać najlepszy pierwszy akt 2022 roku – pochodziłby on właśnie z filmu Aronofsky’ego. Niewinność, ciepło i empatia w oczach Charliego oraz jego literaturoznawczy profesjonalizm w połączeniu z autodestrukcją pozostaną w moim sercu na długo. Pewnie na zawsze.
„Aftersun”
Miałbym problem z wyborem najlepszego drugiego aktu w ubiegłorocznych filmach. Natomiast nie miałbym wątpliwości przy wyborze trzeciego, ostatniego aktu, bo ten pojawił się w filmie ,,Aftersun” (tutaj jedynie nominacja dla Paula Mescala w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy). Problem jest taki, że nie mogę o nim powiedzieć ani słowa, bo – wiadomo – spoilery. Na pewno warto śledzić losy 35-letniej Charlotte Wells, reżyserki, która zadebiutowała tym filmem i stworzyła skromne, ale kompletne dzieło z zakończeniem, które w sposób fenomenalny zbiera wszystkie tropy, rozrzucone po drodze, nadając im tak głęboki sens, tak prawdziwy, a zarazem w sposób niezwykle emocjonalny, że czegoś takiego nie było w kinie od lat, a może nawet nigdy. I musiałbym powiedzieć, że obok ,,Blisko” jest to jedyny film, który przynosi nową wrażliwość filmową, czuje się, że wyrosła ona w zupełnie innej epoce, że jest blisko współczesności i że to do niej należy przyszłość w światowym kinie.
Moi faworyci
Gdybym przyznawał Oscary na bazie tegorocznych nominacji, to mój werdykt w niektórych kategoriach wyglądałby następująco:
Najlepszy film
,,W trójkącie” Ruben Ostlund
Najlepszy aktor pierwszoplanowy
Brendan Fraser “Wieloryb”, ale gdybym mógł, wręczyłbym też Paulowi Mescalowi za ,,Aftersun”
Jakiś czas temu słuchałem Klary Cykorz i Diany Dąbrowskiej (filmoznawczynie i krytyczki filmowe) na jutubowym kanale, gdzie rozmawiano o tym, jak sobie Netflix poradził z adaptacją ostatniej powieści Eleny Ferrante ,,Zakłamane życie dorosłych” (serial o tym samym tytule debiutował na platformie streamingowej w styczniu tego roku). Klara Cykorz miała stwierdzić, że ,,Zakłamane życie dorosłych” jest najsłabszą powieścią w dorobku włoskiej pisarki, a w ogóle, że jak ktoś się zabiera za ekranizacje książek Ferrante, to niech lepiej się dwa razy zastanowi, bo to nie taka prosta sprawa. I niechby filmowcy uczyli się tego rzemiosła od Maggie Gyylenhaal, która wzięła na warsztat ,,Córkę” i udowodniła dwa lata temu, że wielką reżyserką jest i rozumie gęstość prozy Ferrante oraz rzadko osiąganą w literaturze emocjonalność, która ujawnia się tam, gdzie jej się w ogóle nie spodziewamy. I ja, chłopak ze Wschowy, który chłopakiem już nie jest, podpisuję się pod tymi uwagami, dodając jeszcze tak zupełnie na marginesie, że debiut tej pisarki, czyli ,,Obsesyjna miłość” z 1992 roku kojarzył się Klarze Cykorz z grzebaniem w brudnych majtkach albo z grzebaniem w cudzej, brudnej bieliźnie. A przywołuję i tę wypowiedź, bo jest to niezły, trafny przykład na to, co znaczy zetknąć się z tym zjawiskiem w literaturze. I na szczęście – bo naprawdę jest to wielkie szczęście w nieszczęściu – nie przeszkodzą w tym nawet kiczowate do granic możliwości okładki polskich wydań, które umyśliło sobie nie wiadomo dlaczego wydawnictwo Sonia Draga.
„Zakłamane życie dorosłych” i teorie spiskowe
Rzeczywiście, ostatnia powieść Ferrante, wydana w 2019 roku, niebezpiecznie zbliża się do granicy niestrawności. Nie przekracza jej, owszem, ale chwilami zagląda w oczy popelinie, lepi zamki z piasku i zachwyca się nimi z rozdziawioną buzią. Chwilami można odnieść wrażenie, że tę książkę napisał ktoś inny. Teoretycznie jest to możliwe, bo poza nieliczną garstką osób nikt nie wie, kim jest Elena Ferrante. Są na ten temat różne teorie, badania, publikacje i śledztwa, różnie się mówi o tym zjawisku. Są tacy, którzy twierdzą od kilku lat, że za Eleną Ferrante kryje się włoska tłumaczka literatury niemieckojęzycznej – Anita Raja. Inni podejrzewają, że jest to duet, Anita Raja i jej mąż Domenico Starnone (pisarz i dziennikarz). Mało mnie to interesuje prawdę mówiąc, ale w przypadku ,,Zakłamanego życia dorosłych” jestem w stanie wyobrazić sobie taką sytuację, że Anita Raja z jakichś powodów nie miała czasu na napisanie powieści i jej mniej zdolny mąż musiał wziąć na siebie ten ciężar i w efekcie wyszło to, co wyszło, czyli książka, które zdecydowanie odbiega poziomem od jej pierwszych publikacji.
Giovanna jest bardzo brzydka
Bo pozornie w ,,Zakłamanym życiu dorosłych” mamy wszystkie niezbędne elementy, które świadczą o wielkim talencie pisarki. Oto 13-letnia Giovanna słyszy pewnego dnia, jak ojciec mówi do jej matki, że Giovanna jest bardzo brzydka. No i że wydarzyło się to mniej więcej na dwa lata zanim ojciec obie je zostawił– żonę i córkę. Dowiadujemy się tego z pierwszego akapitu. a za chwilę narratorka skoryguje ten radykalny ton, mówiąc: ,,Ktoś mógłby w tym miejscu zaprotestować i stwierdzić, że przesadzam – twój ojciec nie powiedział przecież: Giovanna jest brzydka. To prawda, takie słowa nie leżały w jego naturze. Ale ja właśnie wkroczyłam w okres huśtawki emocjonalnej. Od prawie roku miesiączkowałam, urosły mi piersi, czego się bardzo wstydziłam, bałam się, że śmierdzę, bez ustanku się myłam, zniechęcona kładłam się spać i zniechęcona budziłam się rano” (s. 13). Jeżeli ktoś czytał wcześniej Ferrante, ten doskonale wie, że właśnie w tym miejscu autorka zaczyna rozkręcać się, by rozrysować przed czytelnikiem skłębioną szarą strefę, w jakiej poruszać się będę jej bohaterowie. Wszystko tutaj będzie miało znaczenie, więc z pozoru prosta historia w każdej chwili może okazać się więzieniem, zasadzką, gmatwaniną kontekstów, rozczarowaniem lub wybawieniem, a czasami tym, co nazwalibyśmy jednego dnia: dobrym samopoczuciem, a nazajutrz czymś zgoła odmiennym i w jaki sposób może to mieć wpływ na losy tej lub innej osoby, rodziny, pokoleń itp.. Nic u Ferrante nie jest stałe, a jedynie chwilowe i mocno zakorzenione w nierozerwalnej i nawarstwiającej się kotłowaninie ludzkiego życia.
Giovanna upodabnia się do ciotki
Dzieje się tak na poziomie fabuły i pewnej specyficznej strategii narracyjnej. W kolejnych akapitach dowiemy się, że tak naprawdę ojciec porównał córkę do swojej siostry, niewykształconej kobiety, mieszkającej w uboższej, robotniczej dzielnicy Neapolu (akcja powieści dzieje się w tym mieście), mówiąc, że Giovanna (córka) zaczyna upodabniać się do ciotki Vittori. Te słowa nie padają ot tak, dla czyjegoś widzi mi się. Są wypowiedziane w kontekście słabych, a właściwie fatalnych wyników szkolnych Giovanny. W prozie Ferrante element edukacji ma spore znaczenie. Jest to jedna z tych kart, która daje dzieciakom z ubogich rodzin możliwość wyrwania się do nieco innego świata. Trudno powiedzieć, czy jest on lepszy, ale na pewno nie jest taki sam. W pewnym sensie jest to obcy świat, do którego ktoś, kto się w nim nie wychował, musi się przyzwyczajać, oswajać, uczyć się na nowo, co – wbrew pozorom – ani nie jest łatwe, ani nie przychodzi ot tak, jak pstryknięcie palcem. Jednocześnie, czy tego się chce, czy nie, w takich sytuacjach odsłaniają się w bohaterach Ferrante, całe kopalnie ograniczeń, których nie sposób czasami się pozbyć przez większość życia. Nie ma tutaj spektakularnych sukcesów, a jeżeli się pojawiają, często są one wynikiem splotu wielu różnych okoliczności, szczęścia, czasami odpowiednich znajomości (patrz: ,,Córka”, czy filmowana ,,Genialna przyjaciółka”). Innym razem, próbując łączyć ogień z wodą, czyli inteligencki świat, do którego się aspiruje z robotniczymi korzeniami, sukces kobiety smakował będzie bardzo gorzko.
Porównanie więc do ciotki Vittorii nie jest przypadkowe. Ojciec Giovanny wychował się w robotniczej dzielnicy Neapolu, skończył studia i ostatecznie poznajemy go, kiedy wykłada historię oraz filozofię w jednym z bardziej renomowanych liceów w mieście, a jego eseje publikowane będą w miejscowych, lewicujących, a może nawet komunizujących gazetach. Oboje z żoną – uczyła greki i łaciny w innym liceum, a po godzinach pracowała w roli korektorki romansów – byli na pewno przykładem rodziny, która osiągnęła status klasy średniej, może nie z najwyższej półki, ale stać ich było na samochód, dobre mieszkanie w zamożniejszej części Neapolu, przy czym rzecz jasna musieli się pilnować, sporo pracować, by utrzymać swoje życie na odpowiednim poziomie.
Zawsze to będzie gmatwanina i ,,kłębek bólu”
I tak mniej więcej zaczyna się ,,Zakłamane życie dorosłych”. Jest 1992 rok, Neapol, inteligencka rodzina, mieszkająca w dobrej dzielnicy, w miarę szczęśliwa, wychowująca córkę w takim liberalno-lewicowym duchu, ateistyczna, rozmawiająca ze sobą, odpowiedzialna, kochająca i oczekująca mniej lub bardziej świadomie wywrócenia tego porządku do góry nogami. Przewodnikiem po tym świecie będzie Giovanna, ale nie ta 13-letnia dziewczyna, tylko dorosła, dojrzała kobieta, która przygląda się z jakichś powodów krótkiemu, trzyletniemu odcinkowi życia swojej rodziny, przyjaciół, sobie samej, a przede wszystkim ciotce Vittorii, która uosabia zupełnie inny świat – dość tradycyjny, katolicki, niezbyt wykształcony, emocjonalny, czasami przemocowy, a na pewno uwierający wszystkich, którzy biorą w nim udział. Ferrante nie tworzy sztucznych światów, oddalonych i nieprzystających do siebie. Owszem, uboższa część Neapolu znajduje się w dole tego miasta, zdecydowanie zamożniejsza – w górnej części, niemniej kobiece przewodniczki w książkach Ferrante, to osoby, które nie stawiają zasieków, nie budują obozów koncentracyjnych, w których palą swoją przeszłość. Nawet wtedy, kiedy mają bardzo radykalny osąd tego, co niesie ze sobą ubóstwo, brak wykształcenia i wszystko inne, co się z tym wiąże. Nie są w stanie, nie mogą, nie chcą, nie mają takich inklinacji społeczno-psychicznych, które by pozwoliły im raz na zawsze wyrwać się ze świata, w którym dorastały i który je ukształtował. W pewnym sensie Ferrante za każdym razem mówi, że jest to niemożliwe, bo nie mamy jakiejś swojej, odrębnej, wyizolowanej opowieści o samych sobie. Zawsze to będzie gmatwanina i ,,kłębek bólu” (s. 9). ,,Tylko ja się wymknęłam i nadal przemykam przez wersy, które w zamyśle mają nadać mi jakąś historię, choć w rzeczywistości są niczym – niczym co byłoby moje, co się naprawdę zaczęło, albo naprawdę dokonało, lecz zwykłą gmatwaniną” (s.9).
Bez ideologii
Są więc w tej powieści wątki i obserwacje, które wywołują dreszcze w czytelniku. Pewnie bierze się to stąd, że Ferrante nie jest ideolożką, nie kreuje światów, nie wmawia czytelnikowi, jakby to było idealnie, gdyby wszyscy się kochali pod naczelnym przywództwem oświeconych kobiet lub progresywnych mężczyzn. Nie ma tego rodzaju naiwności w świecie włoskiej pisarki. Nie ma czarno-białych objawień, radykalizmów, nie ma nawet feminizmu, pomimo tego, że włoska pisarka stoi po stronie kobiet. Świetnie to oddaje scena, w której ojciec Giovanny, wezwany do szkoły przez dyrekcję z powodu wybryku córki, rozmawia z panią dyrektor, czarując ją i manipulując tak, jak tylko potrafi to mężczyzna, doskonale korzystający z uroków swojej pozycji zawodowej. ,,Z duszą na ramieniu czekałam na reakcję dyrektorki. Odpowiedziała mu (ojcu – przyp. mój) pokornym głosem, nazwała profesorem i w ogóle wyglądała na tak urzeczoną, że zrobiło mi się wstyd, iż urodziłam się kobietą, która bez względu na ukończone studia i na zajmowane stanowisko będzie skazana na takie traktowanie przez faceta” (s. 292).
Pojedyncze sploty włókien
Pomimo tego ,,Zakłamane życie dorosłych” jest przegadane, łapiące wiele srok za ogon, chwilami czarujące czytelnika, by za chwilę poprowadzić nas w rejony groszowych wynurzeń. Ma wszystko, co jest potrzebne do stworzenia wybitnej literatury i z jakichś powodów nie radzi sobie z przygotowanymi wcześniej składnikami. Można by odnieść wrażenie, że autorka robi wszystko, by dotrzeć do jak największej liczby czytelników, rezygnując jednocześnie z bardziej wyrafinowanej opowieści. Obiecuje gmatwaninę i kłębki bólu, ale dostajemy zaledwie pojedyncze, obiecując sploty włókien, z których nie udało się wydziergać czegoś frapującego.
Ps. Poniżej krótkie fragmenty ,,Zakłamanego życia dorosłych” w tłumaczeniu Lucyny Rodziewicz-Doktór”, do których lubię wracać.
,,A głos mojej matki działał niezwykle kojąco w tego typu sprawach. Nigdy nie wybuchała gniewem, nigdy się nie unosiła. Gdy Costanza drwiła, że marnuje czas na przygotowywanie lekcji, na poprawianie miłosnych historii, w których czasami musiała tworzyć od nowa całe strony, matka zawsze odpowiadała cicho i dobitnie, ale bez kąśliwości. I nawet gdy mówiła: Costanzo, ty masz mnóstwo pieniędzy, możesz robić, co chcesz, ja zaś muszę pracować, robiła to w kilku miękkich słowach, w których nie pobrzmiewała ani jedna nuta urazy” (s. 39)
,,Objęły się mocno, jak zawsze, gdy spałyśmy razem. (…) Potem długo się całowałyśmy i pieściłyśmy. Nie mogłyśmy przestać, chociaż oczy nam się kleiły. To była pogodna rozkosz, przeganiała lęk, miło było się w niej zapomnieć” (s. 131)
,,W tej samej chwili Corrado zapytał: weźmiesz go do buzi? A ja nawet bym to zrobiła, bo zrobiłabym wszystko, o co prosił, byleby tylko dalej się śmiać, lecz właśnie z jego spodni wydobył się ciężki i odpychający zapach uryny (s. 194-195).
,,Przez chwilę widziałam w nim ognistego demona, który obiema rękami chwyta mnie za głowę, całuje mocno, a potem wali mną o szybę samochodu dopóki nie umrę” (s. 285).
,,Gdy mój ojciec przybierał taki ton, nie było wątpliwości, że miał na myśli kogoś, wobec kogo odczuwał szczery podziw okraszony nutką zawiści. Wzbudziłam w nim ciekawość, chciał wiedzieć, w jakich okolicznościach go poznałam. Szybko doszedł do wniosku, że chodzi o młodego cenionego naukowca, publikującego na łamach ważnego czasopisma Uniwersytetu Katolickiego (…) Pomyślałam sobie: dobrze ci tak, czytasz tyle, prowadzisz swoje badania i piszesz, ale on i tak jest od ciebie lepszy i dobrze o tym wiesz, bo właśnie to przyznałeś” (s. 296)
,,Nie wiem, czy naprawdę cenił Roberta, trudno to stwierdzić, od dawna nie dowierzałam jego słowom. Pamiętam, że raz z przekonaniem nazwał go szczęściarzem, bo umiał na czas wyrwać się z takiej nory jak Neapol i zrobić akademicką karierę w Mediolanie (…) Przy kilku okazjach poprosił mnie nawet, żeby przedstawiła go Robertowi, bo chciał się wyrwać z kłótliwego i małostkowego towarzystwa, w jakim trwał od młodości. Pomyślałam, że mój ojciec, to naprawdę słaby człowiek” (s. 337)
,,Kiedy wycierałam włosy przed lustrem, zachciało mi się śmiać. Oszukiwano mnie na każdym kroku, nawet moje włosy nie były piękne, lepiły mi się do karku, nie potrafiłam nadać im puszystości i blasku. A co do twarzy, owszem, była pozbawiona harmonijnych rysów, zupełnie jak u Vittorii, błędem jednak było robić z tego tragedię. Wystarczyło spojrzeć na tych, którzy zostali obdarzeni wytwornym i pięknym obliczem, by odkryć, że kryje się za nim takie samo piekło jak za twarzami brzydkimi i pospolitymi” (s. 360)
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Dali się poznać, jako osoby, które bez środków publicznych zaoferowali mieszkańcom Wschowy bogaty wachlarz propozycji z dziedziny kultury. Współpracowali przy tym m.in. z przedsiębiorcami (Zamek Królewski) oraz jednostkami publicznymi (I Liceum im. T. Zana). Są przykładem na to, jak oddolne zaangażowanie łączy pokolenia.
(fragment uzasadnienia, przesłanego w formularzu ,,Ambasador Wschowy”, którego nie sposób odnaleźć w artykule na temat nominowanych do tego prestiżowego tytułu)
Zdarzyło się, że dopadło mnie choróbsko. Nic miłego. Jak to się mówi – choroba nie wybiera. Wstałem ja drugiego dnia choroby, żeby usta zwilżyć nieco. Kiedy szklankę wody zbliżyłem do ust, kątem oka dostrzegłem w oddali osobę, która szła chodnikiem. W takim beżowym płaszczu i czapce w podobnej kolorystyce. Naprzeciwko tej osoby szli inni śmiertelnicy, a z nimi pies na smyczy. Kiedy zbliżyli się do siebie – osoba w płaszczu i ludzie z psem – mały, na pewno miły piesek skoczył w kierunku człowieka w płaszczu. Chciał się przywitać, czy coś, nie wnikam. Osoba w płaszczu odskoczyła, bo gdyby nie to, pies niechybnie zostawiłby na nim odcisk swoich psich łap. Człowiek w płaszczu wykazał się odpowiednim refleksem i nikomu się nic nie stało.
Zdarzało mi się kilka razy w życiu być w podobnej sytuacji. I zawsze to kończyło się w ten sposób, że odskoczywszy, by łapy psa nie zostawiły śladów na mnie, słyszałem słodki głos właściciela, który brzmiał mniej więcej zawsze tak samo: oj, dziubdziuś (tutaj najczęściej pada imię pieska), no co ty, chcesz wybrudzić pana, oj ty szalony taki.
I zawsze po tym krótkim monologu rozchodziliśmy się w swoje strony. Tak było i tym razem. Osoba w płaszczu i ludzie z psem rozeszły się w sobie tylko znanych kierunkach.
Piszę o tym, bo pomyślałem przy okazji, och, jakby to było fajnie, gdyby właściciele psów przyjmowali zgłoszenia kandydatów na ambasadorów wraz z wymaganym w formularzu uzasadnieniem. Mają przecież właśnie ten potrzebny w takich sytuacjach luz. Że nie skracają smyczy, spacerując z psem, nawet jeżeli widzą, idącą naprzeciwko osobę. Więc zapewne i w tej sytuacji, związanej z uzasadnieniem zgłaszania kandydatury, też by niczego nie skracali. Ba, może nawet by coś dopisali, coś od siebie, fajnego, żeby wszystkim było miło. Organizatorzy konkursu nie pomyśleli jednak o tym i oddali zgłoszenia w ręce innych osób, które – jak się okazało – skracanie mają we krwi. Cóż – organizatorów konkursów się nie wybiera, a psa i smycz już tak.
Foto: Khusen Rustamov z Pixabay
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Proponowany, nowy podział stanowisk w Radzie Miejskiej, opisany w poprzednim artykule, jest możliwy jeżeli konsekwentnie potraktujemy role, jakie zostały przypisane dwóm organom: uchwałodawczemu i kontrolnemu (Rada Miejska) i wykonawczemu (burmistrz/wójt/prezydent). Najczęściej wygląda to tak, że w trakcie wyborów mamy klasyczny przykład rycerza i giermka (gdzie rycerzem jest kandydat na burmistrza, a rolę giermków odgrywają radni), a potem rycerza, giermka i osiołka (w kolejności: burmistrz, większość w radzie miejskiej i opozycja). Podczas kampanii wyborczej oczy wszystkich są skierowane najczęściej na te osoby, które walczą o najważniejszy urząd w gminie, czyli burmistrzów. To ci kandydaci mają jakąś wizję, coś im się nie podoba, coś chcieliby zmienić, coś naprawić itd., itp. Kandydaci na radnych mają zdecydowanie mniejsze znaczenie. Trudno w historii samorządu przypomnieć sobie sytuację, by kandydaci na radnych sami z siebie organizowali konferencje lub spotkania z mieszkańcami. By ich pomysły na funkcjonowanie w radzie były szeroko omawiane lub budziły takie emocje, jak pomysły kandydata na burmistrza. Raczej wygląda to tak, że kandydaci na radnych są tłem dla kandydatów na burmistrza, powtarzają ich hasła, piszą komentarze na lokalnych portalach w obronie swojego lidera. Jakby nie odbywały się wybory osobno do rady miejskiej i osobno na burmistrza. Wygląda to tak, jakby odbywał się jeden wielki konkurs piękności, w którym kandydaci na włodarzy i ich pomocnicy (kandydaci na radnych) przekonywali mieszkańców, że w gminie jest tylko jeden organ, wykonawczy, a reszta stanowi jedynie kwiatek do kożucha. W efekcie ewentualne zobowiązania kandydatów na radnych wobec wyborców najczęściej rozmijają się z ich faktyczną rolą w samorządzie.
Nie mają na to wpływu
Bardzo często wygląda to tak, że w swoich ewentualnych pomysłach w trakcie kampanii wyborczej kandydaci na radnych wchodzą w kompetencje przyszłego burmistrza lub dyrektorów jednostek samorządowych. Opowiadają więc, że będą dążyć np. do tego, by było więcej placów zabaw dla dzieci lub imprez dla młodzieży, że są za remontem stadionu lub budżetem obywatelskim. Prawda jednak jest taka, że w ogóle nie mają na to wpływu. A to, co należy do ich obowiązków (rola uchwałodawcza i kontrolna) w trakcie kampanii schodzi na dalszy plan albo w ogóle nie jest przez kandydatów na radnych traktowana z należytą uwagą. Owszem, radni w określonych przepisami warunkach posiadają inicjatywę uchwałodawczą. Mogą, podobnie, jak to robi w 99,9% przypadków burmistrz, również zaproponować jakieś rozwiązanie, zmianę wydatkowania publicznych środków itp., ale w praktyce proporcje są takie, że na – powiedzmy – 600 uchwał, podejmowanych w trakcie kadencji, zdarza się, że jedna lub dwie uchwały, góra – trzy są inicjowane przez radnych. I nie jest to przypadek, bo uchwały są przygotowywane przez urzędników, pracujących dla burmistrza, potem te uchwały są sprawdzane pod względem prawnym przez radców prawnych, pracujących dla burmistrza. Radni nie mają takiego zaplecza i jak pokazuje praktyka rzadko się za to zabierają.
Nieskomplikowany sygnał do wyborców
Już na tym wczesnym etapie wydaje się, że komitety wyborcze, składające się z kandydata na burmistrza i kandydatów na radnych wysyłają nieskomplikowany sygnał do wyborców, który mówi: jeżeli nas wybierzecie (naszego lidera i jego radnych) będziemy wspólnie rządzić gminą. A to znaczy w praktyce, że burmistrz będzie zarządzał, a radni pozbędą się jednej z dwóch najważniejszych cech, przypisanych Radzie Miejskiej, czyli funkcji kontrolnej. Będą jedynie popierać wszystkie pomysły swojego lidera, stać na straży jego dobrego imienia, będą bronić go przed innymi radnymi (opozycją) i w konsekwencji co najmniej w połowie (a może całkowicie – to zależy jak na to spojrzeć) pozbędą się cech, przypisanych organowi uchwałodawczemu i kontrolnemu.
Istotne różnice organów stanowiących (i kontrolnych)
Wróćmy jeszcze na chwilę do wyborów samorządowych. Jak wiadomo mieszkańcy wtedy głosują na kandydata na burmistrza (wójta/prezydenta), radnego gminnego, radnego powiatowego i radnego, który ubiega się o mandat w sejmiku wojewódzkim. Już ten akt wyborczy wyraźnie pokazuje, że dwa najważniejsze organy w gminie (rada miejska i osobno burmistrz) wyróżniają się na tle powiatu i województwa. W gminie mieszkańcy wybierają osobno burmistrza i osobno radnych. Na poziomie powiatu i województwa wybiera się tylko radnych i to oni, a nie mieszkańcy, zdecydują o wyborze starosty i marszałka województwa. Ma to fundamentalne znaczenie dla funkcjonowania rady miejskiej, powiatowej i sejmiku wojewódzkiego. Otóż w radzie powiatu i w sejmiku wojewódzkim – starostę i marszałka wybierają radni większością głosów, ale w każdej chwili, jeżeli stracą większość na pierwszej lepszej radzie powiatu, nowo powstała większość może odwołać starostę lub marszałka województwa. Dlatego relacje między organem wykonawczym (starosta, marszałek województwa), a organem kontrolnym i uchwałodawczym, buduje się tak, by stworzyć stabilną większość w radzie powiatu lub sejmiku, która uniemożliwi odwołanie starosty lub marszałka.
Kiedy większość ma znaczenie
Większość więc w przypadku rady powiatu i sejmiku wojewódzkiego ma ogromne znaczenie, bo jeżeli zostanie ona utracona, to można w jednej chwili wywrócić do góry nogami wcześniejszy porządek i powołać nowych starostów i marszałków. W gminach nie ma takiej możliwości. Burmistrz jest wybierany przez mieszkańców i tylko oni w drodze referendum mogą burmistrza odwołać. Rada miejska nie ma takich kompetencji. Strata tzw. większości w Radzie Miejskiej niczego nie zmienia. Są na to przykłady – poprzednia kadencja samorządu wschowskiego, gdzie burmistrz Danuta Patalas przez większość kadencji nie miała większości w radzie miejskiej, czy poprzednia kadencja samorządu w Szlichtyngowej, gdzie burmistrz Elżbieta Rahnefeld od samego początku nie miała większości w radzie miejskiej. Nic się od tego nie zawaliło, samorząd nie upadł, burmistrzowie rządzili, rady podejmowały uchwały, budżety były uchwalane itd., itp. Można zaryzykować tezę, że rady miejskie po 2002 roku (czyli od czasu, kiedy wybiera się burmistrza w wyborach bezpośrednich) nie zauważyły lub nie chciały zauważyć tej istotnej zmiany.
Pensja burmistrza (wójta/prezydenta) i podział stanowisk
Jeżeli powiemy sobie że większość (rozumiana tak, jak to ma miejsce dzisiaj) nie jest potrzebna, do podejmowania uchwał, bo rady miejskie z natury nie działają na złość burmistrzowi, to powstaje pytanie do czego jest potrzebna ta mityczna większość w Radzie Miejskiej? Odpowiedź na to jest dość prosta i wynika z dotychczasowej praktyki. Większość jest potrzebna do tego, by:
a) zatwierdzić pensję burmistrzowi
b) rozdzielić między sobą najważniejsze funkcje w Radzie Miejskiej, a w konsekwencji pobierać większe diety niż pozostali radni, którzy nie należą do większości (rozumianej tak, jak to ma miejsce dzisiaj)
Na pierwszy rzut oka widać więc, że chodzi tutaj jedynie o to, by zrobić dobrze kilkoro radnym i burmistrzowi. Jednak warto sobie powiedzieć, że i tutaj tak rozumiana większość ma jedynie mitotwórczy charakter. W przypadku pensji burmistrza, jeżeli rada nie zgodzi się na zaproponowaną kwotę, burmistrz i tak dostanie wynagrodzenie zgodnie z wytycznymi odpowiedniej ustawy. Będzie ono mniejsze (lub większe) niż by sobie tego życzył sam burmistrz, ale nie będą to ogromne różnice. Innymi słowy burmistrz tak czy siak pensję będzie pobierał. Pozostaje więc podział stanowisk, większe diety i nic więcej. Upraszczając, ale też nieco prowokując – w obecnych warunkach mieszkańcy wybierają radnych, by ci, dogadując się między sobą, tworząc tzw. większość, rozdzielili między sobą najważniejsze funkcje, a przez to pobierali wyższe diety. Tym samym – jeżeli to wygląda tak, jak obecnie, czyli, że większość to grupa radnych, która z jakichś powodów sprzyja burmistrzowi – zgadzamy się na byt, czyli radę miejską, którą zarządza tzw. większość, rezygnując z funkcji kontrolnej na rzecz partykularnych interesów. Doświadczenie też mówi, że ich rola uchwałodawcza sprowadza się do bezrefleksyjnej, cichej (bo tzw. większość jest najczęściej milcząca) zgody na wszystko, co zaproponuje burmistrz w swoich uchwałach. W konsekwencji burmistrz nie musi pojawiać się na radach miejskich, bo skoro jego propozycje i tak zostaną przyjęte przez jego większość, nie musi do nich nikogo przekonywać. Teoretycznie funkcje rady są podtrzymywane, w praktyce są jedynie fasadą i złudzeniem.
Oddzielenie organu stanowiącego od organu wykonawczego
Dlatego też podział stanowisk w Radzie Miejskiej proponowany w poprzednim artykule warto rozważać w szerszym kontekście. Inny podział stanowisk może mieć miejsce, jeżeli zmienimy nieco praktykę, sposób pojmowania roli radnego, jeżeli wyborcy będą oczekiwać od kandydatów na radnych konkretnych informacji na temat swojej ewentualnej roli w radzie miejskiej. Jeżeli wyraźnie oddzielimy organ wykonawczy (burmistrza/wójta/prezydenta) od organu stanowiącego i kontrolnego (rada miejska). Jeżeli by się to udało istnieje duże prawdopodobieństwo, że mielibyśmy do czynienia z zupełnie innym ciałem kolegialnym, w którym między innymi podział najważniejszych stanowisk w radzie miejskiej miałby inkluzywny, a nie wykluczający charakter. O tym wszystkim – w następnym artykule.
A, bo myślę, że Edouard Luis w ,,Historii przemocy” jest interesujący, ale efekciarski, a Elena Ferrante w ,,Zakłamanym życiu dorosłych” też jest interesująca, ale nie jest efekciarska. I taka jest różnica między francuską literaturą, a włoską. Między dobrym tekstem, a też dobrym, ale powierzchownym. Te dwa fragmenty poniżej najlepiej oddają tę różnicę.
Tamtej nocy ignorowałem wszystko, co mogłoby mi się w Redzie nie spodobać, nie całkiem zresztą świadomie, i dopiero teraz rozumiem, do jakiego stopnia wybiórczo potraktowałem rzeczywistość, by zachować z niej tylko to, co mi się w nim podobało.
(Edouard Luis, Historia przemocy)
Do dzisiaj zastanawia mnie to, w jaki sposób nasz mózg wypracowuje strategie i realizuje je bez naszego udziału. Nie przekonuje mnie twierdzenie, że chodzi o podświadome działania: trąci hipokryzją. Okłamywałam siebie, chociaż doskonale wiedziałam, że za wszelką cenę pragnę natychmiast wrócić do Mediolanu, wiedziałam to całą sobą.
(Elena Ferrante, Zakłamane życie dorosłych)
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
Idzie Walentynek po pączki, ale od dawna pączków nie robio. Zaraz będzie na miejscu i sam się o tym przekona. I – no proszę – wisi kartka przyklejona do szyby z pomocą takich małych, prostokątnych fragmentów taśmy przezroczystej. Od wewnątrz ktoś je przykleił do kartki, żeby Walentynek jej nie zdarł, bo jest nieco z natury szurnięty. A przecież inni też mają prawo wiedzieć, że pączków już nie robio, że skończyło się, a właściciele wyjechali do Włoch, do Grecji, gdziekolwiek. Walentynek więc podchodzi do drzwi i czyta, co na tej kartce napisano, ale tak naprawdę nie wie, czy to dobry pomysł. Na kartce tańczą wielkie litery, jedne tarzają się w kałuży, inne z głowami w chmurach, a wszystkie układają się w jeden prosty komunikat: PĄCZKÓW NIE ROBIO. PRZEPRASZAMY. ODEJDŹ W POKOJU.
Walentynek jednak nie ma najmniejszej ochoty. Nie odejdzie w pokoju, choćby go za włosy ciągnęli w przepaść albo za rękawy w studnię lub jeszcze gorzej. Czołem opiera się o szybę, ciałem swoim walentynkowym przywiera do drzwi i myśli, że sam musi się o tym przekonać. Co mu będą mówić, że pączków nie robio? Może nie robio, a może robio. Nie przekonasz się, jeżeli sam tego nie sprawdzisz, myśli Walentynek, bo jest nieco uwikłany w swoją szurniętość pospolitą.
I niby nic się nie dzieje dalej. I niby, gdyby ktoś akurat przechodził obok i spojrzał w kierunku Walentynka, odniósłby wrażenie, że ot, ktoś stoi przed drzwiami pączkarni, w której już pączków nie robio. Że ktoś zapewne na swój sposób, bo ludzie teraz tacy są wrażliwi może, żegna się z pączkarnią, rozbiera się przed nią, obnaża, dotyka, językiem, ociera, może nawet coś więcej.
Więc niby nic się nie dzieje, a jednak jest to tylko złudzenie. Bo się dzieje. Bo Walentynek nagle czuje, że przenika przez drzwi. Najpierw fragment czoła, potem palce u stóp, za chwilę guzik płaszcza. I jednym okiem dostrzega nawet, że część jego samego, Walentynka, z jakichś powodów znalazła się po drugiej stronie. Jak to? – Myśli Walentynek. Jak to się dzieje i czy aby nie jest to sen? Ale zaraz szczypie się prawą ręką w prawe ucho, które też z jakichś powodów nie zostało wchłonięte do środka. I przekonuje się, że nie, żaden to sen, mara, zjawa, iluminacja. Ino sama prawda, że aż głucho mu dudni w uszach, taka to prawda, nie sen.
Po jakimś czasie znalazł się kupiec na budynek po byłej pączkarni. Mówią, że wszystko się zmieniło. Teraz zamiast pączków, można tam było kupić ryby z dalekich mórz i oceanów. Smażone i na wynos. Zanim jednak zdarto kartkę z napisem: PĄCZKÓW NIE ROBIO. PRZEPRASZAMY. ODEJDŹ W POKOJU, zanim wymieniono szklane drzwi na drewniane, wydarzyło się coś, co wywołało pewne zamieszanie. Otóż – tak sobie od tego czasu jeden z drugim opowiadają w tajemnicy – znaleziono kogoś. Tak, nie tylko, że znaleziono, ale też odkryto nawet. Okazało się, że z jakichś niewyjaśnionych przyczyn stare szklane drzwi przedzielały jakąś nieszczęśliwą postać na pół. No może nie całkiem tak symetrycznie, ale prawie. Niektórzy są przekonani, że część ust po stronie pączkarni jeszcze się poruszały i wypluwały wraz ze śliną żeńskie końcówki, że przy wymianie drzwi zsunęła się sukienka, a obecni tam stolarze mieli zobaczyć waginę i aż się przeżegnali, bo nie wiedzieli, czy dobry to znak, czy może jakieś fatum. Z kolei inni upierali się, że z drugiej strony, od ulicy, kiedy wymieniano szklane drzwi na drewniane, usta tej dziwnej postaci jeszcze się poruszały i wypluwały wraz ze śliną, zmieszaną skądinąd z krwią męskie końcówki, że spodenki się osunęły, pod którymi nie było żadnej bielizny i oczom stolarzy objawił się zmarszczony fallus, przypominający nieco makaron kolanka, który ktoś wypluł na talerz podczas niedzielnego obiadu, że aż się z tego wszystkiego przeżegnali, bo nie wiedzieli, czy do dobry, czy zły omen. Ponoć zrobiono na tę okoliczność dokumentację w formie audio, wideo i foto.
Inni natomiast przekonywali, że i owszem, widzieli tam kogoś, kto stał cały boży dzień jeden i drugi i wyglądał, jakby modlił się, by mu drzwi otworzyli. Ale – mówiono – nikt na niego nie zwracał uwagi, bo wszyscy doskonale się orientowali, że już pączków nie robio.
,,Duchy Inisherin” (w oryginale ,,Banshees of Inisherin”) brytyjsko-irlandziego reżysera Martina McDonagh’a mają już na koncie sporo ważnych nagród filmowych – od festiwalu w Wenecji przez Złote Globy. Na horyzoncie pojawiły się też Oscary, jest nominowany w dziewięciu kategoriach, w tym najważniejszych za reżyserię i najlepszy film. Historia jest dość prosta, chociaż jej rozwinięcie przybiera gwałtowny charakter. Otóż niejaki Colm (w tej roli Brendan Gleeson) postanawia w nieco obcesowym stylu poinformować swojego przyjaciele Padraica (świetna rola Colina Farella), że nie życzy sobie jego obecności, pomimo tego, że jeszcze dzień wcześniej, a i przez lata jak się wydaje, obaj panowie w średnim wieku przyjaźnili się i spędzali ze sobą czas w pubie, popołudniami, pijąc irlandzkie piwo. Colm najpierw zupełnie nie reaguje na wizytę Padraica, kiedy ten przychodzi po niego, jak to bywało do tej pory, żeby jeszcze tego samego dnia powiedzieć, że go po prostu już nie lubi, a w końcu, że Padraic jest nieco głupi, a Colm nie chce tracić czasu na głupoty, ino zamierza coś po sobie zostawić światu, coś trwałego, co sprawi, że będzie się o Colmie pamiętało nawet po jego śmierci. A, że jest muzykiem, zamierza skomponować dzieło życia. I być może wszystko by to jakoś dało się poukładać, życie płynęłoby dalej, bo przecież nie pierwsza to przyjaźń, która dostaje zadyszki, gdyby nie to, że Padraic od czasu do czasu stara się zrozumieć tę radykalną niechęć Colma i wtedy słyszy od niego, że jak nie da Colmowi spokoju, to ten sobie będzie odcinał palce, jeden po drugim. Nie będzie to spoilerem, bo wszystkie recenzje nie pomijają tego faktu, Colm ostatecznie groźbę swoją zamienia w czyn.
Niedokończona trylogia
McDonagh (rocznik 1970) nie ma zbyt wielkiego dorobku filmowego, ale przyzwyczaił widzów do tego, że w jego filmach gra się o najwyższe stawki, nawet jeżeli rozpięte są miedzy powagą i groteską, dramatem i absurdem. Do tej pory (poza zdaje się krótkometrażowym debiutem z 2004 roku) reżyser nie zabierał widzów do Irlandii. W „Duchach Inisherin” nie tylko, że umieszcza akcję na jednej z maleńkich wysepek u wybrzeży tego kraju, to jeszcze – wszystko na to wskazuje – powraca do swojej niedokończonej trylogii teatralnej, której ostatnia część nosiła identyczny tytuł, co film. Nigdy nie ujrzała światła dziennego, bo jak miał powiedzieć McDonagh, nie była to rzecz zbyt dobra. A trzeba wiedzieć, że McDonagh dał się poznać światu najpierw jako dramaturg, a dopiero potem twórca filmowy. Jest zresztą w Irlandii uznawany za współczesnego klasyka irlandzkiej dramaturgii, a teatralne adaptacje jego tekstów były wielokrotnie nagradzane w Wlk. Brytanii, a nawet nominowane do nagrody Tony (prestiżowe wyróżnienie w USA dla twórców teatralnych, odpowiednik filmowych Oscarów, muzycznych nagród Grammy, czy telewizyjnych nagród Emmy).
Irlandzkiee Banshees
Dwa wcześniejsze dramaty ze wspomnianej trylogii, to ,,Kaleka z Inishmaan” (1996) i ,,Porucznik z Inishmore” (2001). Dzieją się na wyspach Aran, leżących u wybrzeży Irlandii. Obok Inishmore i Inishmaan jest tam jeszcze trzecia wyspa – Inisheer, która w filmowych ,,Duchach” przybiera nazwę Inisherin. To umiejscowienie fabuły na małej wyspie, na prowincji, gdzie lokalna społeczność najchętniej wyrwałaby się stąd, ale nie zawsze ma ku temu możliwości, jest jednym z głównych motywów irlandzkiej dramaturgii. Począwszy od takich pisarzy, jak W. B. Yeats poprzez J. M. Synge’a na McDonagh’u skończywszy. Nie przypadkiem w ,,Duchach Inisherin” pani McCormick (w tej roli Sheila Flitton) zachowuje się, jak tytułowa Banshee, irlandzka, mitologiczna zjawa, zapowiadająca śmierć. Irlandzcy dramaturdzy, szczególnie wspomniany Synge, spędzili na wyspach Aran część swojego życia, by szukać tam inspiracji w lokalnym folklorze, pogańskich zwyczajach (pomimo katolickiej dominacji), specyficznym usposobieniu tamtejszych, nielicznych mieszkańców małych wysepek. Zwracam na to uwagę, bo nowy film McDonagh’a czerpie z tradycji irlandzkiego dramatu, a przede wszystkim ze swojej niedokończonej trylogii. Nie ulega wątpliwości, że w filmowych ,,Duchach” na drugim planie pojawiają się wszystkie wątki dobrze znane z dwóch wcześniejszych dramatów McDonagh’a. Nie są one przeniesione wprost, są nieco przetworzone, ale nie pojawiają się po raz pierwszy w twórczości tego dramaturga i reżysera filmowego. Można w sumie zaryzykować tezę, że poza głównym tematem filmu, czyli rozpadem przyjaźni, każdy inny wątek jest dobrze znany czytelnikom dramatów McDonagha. Żeby nie spoilerować warto zwrócić uwagę na trzy wątki, które pojawiają się w wymienionych dramatach, a kto oglądał film, bez większych problemów odnajdzie bliższe lub dalsze odniesienia.
„Porucznik z Inishmore” i „Kaleka z Inishmaan”
W ,,Poruczniku z Inishmore” psychopatyczny członek Irlandzkiej Narodowej Armii Wyzwoleńczej (odłam IRA) o imieniu Padraic, odcina nos niejakiemu Toby’emu. Pies Toby’ego dobiera się do odciętego nosa, dławi się nim i umiera na oczach właściciela. To wywołuje lawinę brutalnych, a jednocześnie absurdalnych aktów przemocy. Po drodze giną dwa koty, w tym jeden, należący do Padraica i kilkoro ludzi. W ,,Kalece z Inishmaan” mamy sześćdziesięcioletniego Johnny’ego o dość odpychającym usposobieniu, który odgrywa rolę kogoś, kto przypomina dziennikarza z plotkarskiej gazety, chociaż nim nie jest. Oczekuje, a wręcz wymaga od miejscowych (czasami ich szantażując), by dostarczali mu informacje o sobie, sąsiadach i innych ludziach. Jeżeli natomiast zapytacie, czy wzruszająca i świetnie zagrana scena nad wodą w „Duchach Inisherin”, w której uznawany na wyspie za miejscowego głupka Dominic (rewelacyjnie zagrany przez Barry’ego Keoghana) oświadcza się siostrze Padraica – Siobhan (w tej roli Kerry Condon) również jest dalekim lub bliskim echem jednej ze scen któregoś z wymienionych dramatów, to odpowiem, że tak. W ,,Kalece z Inishmaan” siedemnasto-osiemnastoletni Billy, nazywany kaleką, mówi pod koniec do siedemnasto-osiemnasto letniej Helen tak:
każdego w życiu nachodzi taka chęć, by wziąć serce w swoje ręce i czegoś spróbować. I chociaż wie, że ma tylko jedną szansę na milion, że dostanie to, czego pragnie, to i tak próbuje. Bo inaczej po co w ogóle żyć? Więc się zastanawiałem, Helen, czy kiedyś, jak nie będziesz za bardzo zajęta… to może… wiem, że jestem niewyględny, ale myślałem sobie, zastanawiałem się, czy być może zechciała kiedyś się ze mną umówić na spacer wieczorem. Wiesz, za tydzień albo za dwa? (źródło: Martin McDonagh, Kaleka z Inishmaan, tłum. Małgorzata Semi w: Dramaty Irlandzkie, Kraków-Warszawa 2011).
Mało czytelna tajemnica o człowieku
Jak na to reaguje Helen w dramacie i Shioban w filmie? Tego zdradzić nie mogę, zwracam natomiast uwagę na to, że znając twórczość dramaturgiczną McDonagha, trudno nie zauważyć, że autor żongluje ogranymi motywami, które eksplorował wcześniej w swoich dramatach. Wyraźnie cierpi na tym film. Bo jeżeli w dramatach każdy z wątków, który pojawia się w filmie, ma swoje uzasadnienie w precyzyjnie skomponowanej fabule, to w ,,Duchach Inisherin” pojawiają się one w oderwaniu od brutalnie przerwanej przyjaźni Colma i Padraica. Właściwie można odnieść wrażenie, że film rozpada się na dwie osobne historie. Jedna opowiada o lokalnej społeczności i dręczących je demonach, druga żywi się rozpadem więzi dwóch, niegdysiejszych przyjaciół. Trudno znaleźć między tymi opowieściami wspólny mianownik. Jedna na drugą nie ma żadnego wpływu, ewentualnie może stanowić jedynie alibi, jak w przypadku Shioban, siostry Padraica. W sumie można by uznać, że jest to historia o małej społeczności, która wszystkiemu, co ją otacza przygląda się bez emocji, w której zerwane zostały wszelkie więzi, co w pewnym sensie symbolizuje kryzys Colma i Padraica, ale co miałoby z tego wynikać, trudno powiedzieć. Czy nieopodal toczy się bratobójcza wojna (słychać z daleka wystrzały i wybuchy, gazety też o tym piszą), czy Colm ni stąd, ni zowąd, zagrozi odcięciem sobie palców, czy ktoś dostanie po mordzie, a może jeszcze gorzej – na nikim nie robi to większego wrażenia (chwilami można by z tego wyjąc Shioban i Dominica). Odnosi się wrażenie, że gdyby połowa tej społeczności została brutalnie spacyfikowana, wymordowana i rzucona do masowego grobu, pozostała część przeszłaby nad tym natychmiast do porządku dziennego. Być może to jest diagnoza świata, którą serwuje nam Martin McDonagh. Być może – film jednak ani w końcowym akcie, ani nigdzie po drodze w żaden sposób nie daje oczywistych odpowiedzi. Czasami taka strategia ma sens, ale w ,,Duchach Inisherin” jest bardzo dużo niewiadomych i prawie żadnego pomysłu, jak z nich zbudować coś więcej niż mało czytelną tajemnicę o nas, człowieku, świecie, przyjaźni i miłości.
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn
W ostatnim odcinku Rozmów o Wschowie spieraliśmy się przez kilka minut o to, czy można o Radzie Miejskiej pomyśleć inaczej niż do tej pory. Spór dotyczył przede wszystkim najważniejszych funkcji, związanych z prezydium Rady (przewodniczący i jego zastępcy) oraz z przewodniczącymi komisji stałych (mamy we wschowskiej radzie pięć komisji stałych: budżetu, oświaty, rolnictwa, rewizyjna oraz skarg i wniosków). W tej kadencji jest jeszcze jedna komisja, tzw. doraźna, czyli powoływana w konkretnym celu i ta obecnie zajmuje się pracami, a właściwie aktualizacją statutu gminy Wschowa.
Od dawna, odkąd pamiętam, próbuje się w trakcie kampanii wyborczej lub podczas sesji inicjującej nową kadencję, rozmawiać o tym – ile można oddać ,,stołków” radnym opozycji. Przyjęło się, że większość stanowisk (wiążą się one z pobieraniem większej diety) bierze tzw. większość, która tym samym koncentruje się wokół burmistrza. W ten sposób konstytuują się dwa byty w radzie miejskiej – koalicja rządząca i opozycja. W obecnej kadencji wszystkie najważniejsze stanowiska ma w rękach koalicja rządząca.
Przyjęło się też mówić/myśleć, że to, co dzieje się podczas pierwszej sesji – wybór przewodniczącego, zastępców i przewodniczących komisji – określa się podziałem łupów. I wokół tej kwestii spieraliśmy się podczas ostatniego programu Rozmowy o Wschowie. Podczas dyskusji pojawiły się dwie propozycje:
a) opozycja w radzie miejskiej otrzymuje jednego wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej, co najmniej przewodniczącego komisji rewizyjnej, a optymalnie byłoby, aby jeszcze jedna komisja miała przewodniczącego z opozycji.
b) wszystkie stanowiska w Radzie Miejskiej rozstrzygają się podczas wyborów. Radny, który zdobył najwięcej głosów zostaje przewodniczącym, radny z drugim wynikiem – pierwszego zastępcę przewodniczącego, radny z trzecim wynikiem – drugiego zastępcę przewodniczącego, radny z czwartym najlepszym wynikiem zostawałby przewodniczącym komisji itd., itp.
Podział stanowisk w Radzie Miejskiej nie jest tak szczegółowo opisany w ustawie o samorządzie, ani w statucie gminy, mowa tam jest jedynie o tym, że poszczególne funkcje zdobywa się za sprawą bezwzględnej lub zwyczajnej większości głosów. Zatem wszystkie rozwiązania, jakie w tej kwestii można by zaproponować, należałoby nazwać dobrym obyczajem rady miejskiej.
Omówienie drugiej propozycji
Nie będę ukrywał, że jestem zwolennikiem drugiego rozwiązania i postaram się w następnym artykule wskazać na kilka spraw, które powinny wyjaśnić ten punkt widzenia. Zanim jednak to zrobię, pokażę jak obecnie wygląda rada miejska pod względem stanowisk (kto jakie zajmuje stanowisko i ile zdobył głosów podczas wyborów oraz z jakiego wywodzi się komitetu wyborczego) oraz jak ta sama sytuacja przedstawiałaby się, gdyby wziąć pod uwagę rozwiązanie, proponujące podział stanowisk według najlepszych wyników wyborczych. Ten drugi model ma pewne ograniczenia, dlatego też w trzecim artykule, poświęconym tej tematyce wskażę na dwie alternatywne możliwości, w których liczba zdobytych głosów nadal by obowiązywała, ale należałoby na to dodatkowo nałożyć:
a) liczbę głosów oddanych na poszczególne komitety lub
b) wziąć pod uwagę liczbę mandatów, które zdobyły poszczególne komitety.
Jakiekolwiek by nie przyjąć założenie, za każdym razem wszystkie komitety w Radzie Miejskiej miałyby swoich przedstawicieli na najważniejszych stanowiskach Rady Miejskiej.
Poniżej przedstawiam obecny wariant i ten, który byłby brany pod uwagę ze względu na liczbę głosów, zdobytych w trakcie wyborów do Rady Miejskiej.
Stanowiska w Radzie Miejskiej obecnie:
1. Przewodnicząca Rady Miejskiej, Hanna Knaflewska Walkowiak – 147 głosów (Inicjatywa-Rozwój-Przyszłość)
2. Wiceprzewodniczący Rady Miejskiej, Jacek Kowalczyk – 283 głosy (Zwyczajni Razem)
3. Wiceprzewodniczący Rady Miejskiej, Krzysztof Kola – 103 głosy (Lepsza Wschowa)
4. Przew. Komisji oświaty, Franciszek Baśczyn – 77 głosów (Lepsza Wschowa)
5. Przew. Komisji rolnictwa, Władysław Brzechwa – 204 głosy (Zwyczajni Razem)
6. Przew. Komisji budżetu, Tadeusz Sobczuk – 191 głosów (Inicjatywa-Rozwój-Przyszłość)
7. Przew. Komisji skarg i wniosków, Agnieszka Nachaj – 178 głosów (Inicjatywa-Rozwój-Przyszłość)
8. Przew. Komisji rewizyjnej, Michał Drobnik – 148 głosów (Inicjatywa-Rozwój-Przyszłość)
Stanowiska w Radzie Miejskiej według najlepszych wyników wyborczych:
1. Przewodniczący Rady Miejskiej, Miłosz Czopek – 385 głosów (Nasza Wschowa, Nasz samorząd)
2. Wiceprzewodniczący Rady Miejskiej, Jacek Kowalczyk – 283 głosy (Zwyczajni Razem)
3. Wiceprzewodniczący Rady Miejskiej, Przemysław Gliński – 268 głosów (PiS)
4. Przew. Komisji pierwszej, Wiesław Widera – 227 głosów (PiS)
5. Przew. Komisji drugiej, Władysław Brzechwa – 204 głosy (Zwyczajni Razem)
6. Przew. Komisji trzeciej, Piotr Buczek – 195 głosów (Lepsza Wschowa, obecnie niezrzeszony)
7. Przew. Komisji czwartej, Jolanta Pawłowska – 193 głosy (Inicjatywa-Rozwój-Przyszłość)
8. Przew. Komisji piątej, Tadeusz Sobczuk – 191 głosów (Inicjatywa-Rozwój-Przyszłość)
Różnica między pierwszym, a drugim rozwiązaniem rzuca się w oczy. W pierwszym rozwiązaniu najważniejsze funkcje w Radzie Miejskiej mają trzy komitety. W drugim rozwiązaniu – najważniejsze funkcje przyznane są wszystkim komitetom. To pierwsze, obecne rozwiązanie nazwałbym – wybiórczym (dlaczego nie większościowym wytłumaczę w następnym artykule), to drugie – inkluzywnym (łączącym, obejmujący wszystkich).
foto wykorzystane w grafice: Aleksey Kuprikov z Pexels
___________PRZEMYŚL WSPARCIE DLA NOWYCH OPINII __________
Jeśli chcesz wesprzeć Nowe Opinie, możesz to zrobić poprzez portal zrzutka.pl – https://zrzutka.pl/72ucvn