Siedziałem na ławce, wieczorem, paliłem papierosy, a z lewej strony, od miejsc parkingowych, zajechał samochód i światłem wycelował w oczy. Reflektory zaraz zgasły, ale wcześniej zdążyły oślepić. Człowiek na ławce nie może czuć się już bezpiecznie w tym kapitalistycznym świecie, gdzie każdy musi coś posiadać, pomnażać swoje posiadanie, a na koniec tym posiadaniem oślepiać.
Nie narzekam, broń boże, każdego coś w życiu, jakiś brak komfortu, spotyka, nikt zaraz nie robi o to przecież hałasu. Chciałem tylko dać wyraz temu, że kapitalizm w swojej niezaspokojonej potrzebie posiadania, przegiął, mówiąc kolokwialnie, pałę, i to wtedy, kiedy bogu ducha winny siedziałem na ławce. Był wieczór przecież, słońce ktoś zdemontował na kilka godzin, to i na ławce można było przez chwilę delektować się tym widokiem. Przyjdzie kiedyś taki czas, że brak kapitalizmu człowiek będzie smakował, jak demontażem słońca, ale póki co, nikt nie wie, kiedy nastąpi ostateczny krach przymusu posiadania i jego pomnażania.
Siedziałem tego wieczora na ławce z Williamem Blake’iem. Różne ostatnio osoby przyjechały do Wschowy. Jak donoszą lokalne media, byli tutaj ostatnio goście z Kalifornii, mnie jednak odwiedził człowiek z Londynu. Blake twierdzi, że ludzkość zwiędła i upatruje źródło tego procesu, z którego nie wypływa już woda, od czasu Newtona I Locke’a. Nie dziwcie się, że w Williamie rodzą się takie katastroficzne myśli. kiedy ktoś światłami reflektorów daje po oczach. Pewnie inne spostrzeżenia towarzyszyły gościom z Kalifornii, bo widziałem zdjęcia jakiejś uroczystości w Zanie na ich cześć, więc każdy ma to, na co zasłużył.
Nie wdając się w szczegóły, właściwie zgadzam się z Blake’iem, że ludzkość zwiędła. Czy akurat cezurą jest Newton i Locke – mam wątpliwości. Niemniej czytając od czasu do czasu lektury, które pojawiły się po Newtonie i Locke’u, szczególnie, kiedy niemiecki filozof Nietzsche budował swoją pozycję na gruzach ludzkości (nic łatwiejszego temu człowiekowi nie mogło się przydarzyć), nie mógłbym zaprzeczyć Williamowi. Ludzkość zwiędła, a co bardziej progresywni na tej zwiędłości potrafią wykiełkować.
Dlatego paliłem wieczorem papierosy z Blake’iem, kiedy nagle reflektory po oczach, a słońce dawno już zdemontowano i wywieziono na magazyn..
Mam kilka myśli i może jak je tutaj spiszę wszystkie, bez wyjątku, to nie będę już więcej sobie głowy nimi zawracał.
Przykład takiej myśli pierwszej z brzegu: dlaczego właściwie radna z Lginia zdecydowała się przejść do radnych z koalicji rządzącej? Wiem, znam odpowiedź, udzieliła jej przecież sama radna. Może będzie bardziej skuteczna, tak powiedziała, kiedy ją o to zapytałem, a potem tej samej odpowiedzi udzieliła radiu Elka. Ale, myślę sobie, dlaczego w ogóle stworzono taką sytuację w radzie, dlaczego wytworzyły się między radnymi tego rodzaju relacje, że pani sołtys, musiała uznać, że tylko zmiana barw klubowych, umożliwi jej skuteczne działanie. Dlaczego na przykład silniejszy (czyli radni koalicji rządzącej) nie powiedzieli do pani sołtys tak: pani sołtys, szanujemy pani wyborczy wybór, nam również zależy na sprawach, w których chce pani być skuteczna. Możemy się w wielu kwestiach różnić, bo rozumiemy prawidła demokracji, różnice zdań, polemikę, ale tam, gdzie chodzi o dobro mieszkańca naszej gminy, działajmy ponad barwami klubowymi. I skoro silniejszy (większościowa koalicja rządząca) w ten sposób nie rozmawiał z panią sołtys, to czy z tego wynika, że ten silniejszy nie rozumie różnicy zdań, nie toleruje polemiki i nie szanuje abecadła demokracji? Taki przykład myśli pierwszej z brzegu.
Przykład takiej drugiej myśli z tego samego brzegu: Czy jak nadciągają w tym tygodniu jeszcze większe upały, to czy w mieście pojawi się druga kurtyna wodna?
Przykład myśli trzeciej z brzegu: wracając jeszcze do sytuacji z panią sołtys Lginia, która jest jednocześnie radną. Kiedy obecnej koalicji rządzącej zarzucono, że grają w związku z tym nie fair, w odpowiedzi (to była jedna z odpowiedzi) można było usłyszeć o innym transferze, który miał miejsce w poprzedniej kadencji, kiedy jeden z radnych z opozycji przeszedł do koalicji rządzącej. Innymi słowy zasugerowano, że obecna opozycja zarzuca obecnej koalicji rządzącej transfer, który jest nie fair, a kiedy obecna opozycja, była koalicją rządzącą, to przecież zachowywała się w taki sam sposób. Wybory samorządowe w 2018 roku jednoznacznie wykazały, co mieszkańcy myślą o poprzednich rządach. Czy powoływanie się w dyskusji na tamte czasy, o których powszechnie wiadomo, że się skompromitowały, dobrze, czy źle świadczą o obecnej koalicji rządzącej. Czy tamten transfer z czasów, który jednoznacznie i negatywnie ocenili mieszkańcy przy urnach wyborczych, może stanowić jakikolwiek punkt odniesienia? I czy należy ten argument odczytywać w kategoriach – wy mogliście, to i my możemy. I czy przy tak postawionej sprawie jest jeszcze jakaś różnica między tym, co minęło, a tym, co jest obecnie? I czy to nie jest z mojej strony za daleko posunięta analogia?
I ostatnią myśl z brzegu na temat progresywności zostawiam ostatnio w komentarzach pod rozmowami na temat ewentualnych wykonawców podczas przyszłorocznych Dni Wschowy . Niepotrzebnie wciskam tam progresywność, bo dotyczy one pewnej idei, która pojawiła się we Wschowie wraz z nowym porządkiem. Wydaje mi się, że się jednak czepiam, bo kto tam śledzi idee w tym mieście, ale chwilami nie mogę się powstrzymać, mam nieodparte wrażenie, że pod maską progresywności kryje się konserwatyzm. Nie mówię, ze to dobrze, czy też źle. Po prostu sobie to układam w głowie, żeby mieć to poukładane – nie ma progresywności, jest konserwatyzm. Nic wielkiego. Można sobie to poćwiczyć przed lustrem.
Po wygranym meczu Polski z Belgią (3:2) na Mistrzostwa Europy U21, rozgrywanych we Włoszech, zajrzałem na kanał Romana Kołtonia Prawda Futbolu. Roman Kołtoń z Mateuszem Borkiem w jakiejś odjechanej włoskiej knajpie robili live i na żywo rozmawiali o tym, co się wydarzyło na boisku i wystawiali oceny poszczególnym piłkarzom. Zresztą, co to była za noc w tej knajpie, w którymś momencie przechodzi obok Wojciech Gąsowski (ten od piosenki, Gdzie się podziały tamte prywatki) i mówi do dziennikarzy, panowie, chodźcie do nas, mamy lekkie przekąski, zjedźcie coś, a nie tak pracujecie przez cały boży dzień. W każdym razie aż przyjemnie było ich słuchać i oglądać.
Tak na marginesie szalenie lubię kanał Kołtonia Prawda Futbolu. Dziennikarz Polsatu, często powtarza, że jest pasjonatem futbolu, który dla pasjonatów futbolu, pasjonat dla pasjonatów, relacjonuje, omawia, porusza wszystkie najpilniejsze sprawy futbolowego świata. Nie ma tutaj żadnej kreacji, PR, nadymania się, cwaniactwa itp., widać zawsze serce u tego dziennikarza i ogromną wiedzę. Potrafi stawiać ciekawe tezy, nie boi się poruszać trudnych tematów. No jednym słowem czuje się ogromną pasję. Rzadko spotykam tego rodzaju audycje np. o literaturze, z takimi prowadzącymi, wolę już Kołtonia, niż nadęte prawdy literatury. Bo – kończąc ten wątek – w życiu trzeba mieć do czegoś serce, nie warto być nijakim, lepiej być zimnym lub gorącym, bo letni, jak mówi mądra księga, zostaną wypluci, a w dosłownym tłumaczeniu, wyrzygani. Mało tego, literatura nikogo nie zbawi, religia również, katolicka, prawosławna, czy protestancka, nie uczyni tego też ekonomia, czy jakakolwiek inna dziedzina życia, jeżeli nie ma tego czegoś, serca, nie egzaltacji, bo to jest często mylone, serca, a potem wiedzy.
Myślę, że jak ktoś ma serce do sadzenia pietruszki i potrafi o tym opowiadać w sposób porywający tłumy, to po prostu zbawienie ma w kieszeni, posługując się religijnym językiem. Kołtoń to ma, a na przykład księża ze wschowskich parafii tego nie mają, burmistrzowie tego miasta, którym się zdawało, że muszą pojawiać się publicznie na wszystkich religijnych imprezach też tego nie mają, tak jak i wszystkie osoby, które z religii katolickiej w tym miasteczku, zrobiły sobie trampolinę do bycia nadczłowiekiem, tym bardziej oni pozbawieni są tego czegoś. Z tego powodu pewnie Kołtoń nie zostanie wypluty, a tamci, cholera wie, co ich czeka (tak pół żartem, pół serio oczywiście, bo to nie moja rzecz rozsądzać kto ewentualnie miałby tego dostąpić, a kto na pewno nie, chociaż katolicyzm uzurpuje sobie prawo do takich wyroków, to dlaczego w lekkiej formie samemu tego nie rozsądzać, nikt przecież tego nie zabronił)
Przywołuję ten materiał po meczu Polska – Belgia, ponieważ w którymś momencie panowie rozmawiają o Kamilu Pestce, wypożyczonym z Cracovii do Chrobrego Głogów. Kamil Pestka zagrał przeciwko Belgii i grał dobre zawody. Chłopak z Głogowa, grający w polskiej 1 lidze, naprawdę nieźle sobie poradził na tle lepiej notowanych przeciwników. W każdym razie jest taki moment, kiedy Borek mówi do Kołtonia: no i wychodzi Pestka na rynek w Głogowie, jest tam w ogóle rynek, bo nie pamiętam. Na co Kołtoń odpowiada – że nie wie. Może ten Głogów ma jakiś rynek, a może nie, ale sens jest taki, że wypożyczyli z Krakowa Kamila Pestkę do jakiejś wioski i on tam jedyne co może zrobić, to wyjść na rynek, a nie wiadomo, czy tam w ogóle jest coś takiego.
Jak to usłyszałem, to przypomniałem sobie ostatnią sesję Rady Miejskiej we Wschowie i wypowiedź radnej z klubu Nasza Wschowa Nasz Samorząd. Na sesji nie było byłego wiceburmistrza, a radna, powołując się na rozmowę z nim, stwierdziła, że były wiceburmistrz rozmawiał z szefem lokalnej firmy i ten szef nie może uzyskać odpowiedzi od obecnego burmistrza, a czeka na nią już sporo czasu.
Rzeczywiście, kiedy byłem na komisji budżetu, to jeden z przedsiębiorców (nie ten, o którym wspominała radna), związany ze wschowskim konsorcjum, ubiegającym się w przetargu na termomodernizację, narzekał na dostęp do burmistrza, więc pewnie jest w tym coś z prawdy, ale to pozostawiam już bez komentarza. W każdym razie, pamiętam, że jak to usłyszałem, to pomyślałem sobie, och, znowu wiceburmistrz w otoczeniu lokalnego biznesu, znowu ta sama śpiewka, ten sam nudny, zupełnie nie przystający do rzeczywistości marketing polityczny, który ma mieszkańcom utrwalać obraz człowieka, który jeżeli gdzieś się pojawia na horyzoncie, to zawsze w otoczeniu biznesu lub profesorów ekonomii. Niżej nie sięga.
I tak przez analogię, uznałem, że gdyby Cracovia wypożyczyła do Wschowy jakiegoś piłkarza, który cudem grałby dzisiaj podczas Mistrzostw Europy, to zapewne dziennikarz Polsatu, powiedziałby mniej więcej tak: no i wiesz, wychodzi ten piłkarz na wschowski rynek, w mieście, w którym na każdej sesji radna ogłasza, że jej były wiceburmistrz twierdzi, że codziennie odbiera po trzy telefony od prezesa Realu Madryt i ma na łączach prezesa Barcelony, a w soboty Bayernu Monachium, więc atmosfera w tym mieście do gry w piłkę na najwyższym poziomie jest.
Prawdę mówiąc, słysząc te zapewnienia radnej i majestat byłego wice, nie wiem kto zostanie zbawiony, jak tak dalej pójdzie. Chyba tylko Roman Kołtoń i Mateusz Borek, chociaż polecam rewelacyjny wpis Rafała Steca po wygranej seniorów z Izraelem. Wpis, który dowodzi, że można powiedzieć wszystko, nie mówiąc za wiele.
Na koniec dodam, że nie trzeba spotykać się z lokalnym biznesem, żeby mieć coś frapującego i inspirującego do powiedzenia. O tym jestem przekonany, reszta jest do wyplucia. I tego Państwu, w sensie czytelnikom tego bloga, życzę.
Wcześnie rano wyjeżdżało się do tartaku. Tam już czekał na nas mężczyzna. Rozmowy, które o tak wczesnej porze miały miejsce, nie dotyczyły Papuszy, czy tego, że w pewnych kręgach ,,Lalka” jest najwybitniejszą, polską powieścią ever.
Pomocnik murarza głupi nie był. Wiedział i potrafił zachować się, jak przystało na pomocnika murarza. Nie wspomniał ani słowem o Papuszy, czy o tym, że funkcjonowały gdzieś na marginesach świata kręgi, co znały na pamięć ,,Lalkę”. A niechby i znały ,,Pana Wołodyjowskiego”, albo recytowały z pamięci dialogi mini serialu ,,Czarnobyl”, to były tak odległe marginesy, że tylko pomocnik murarza mógł to swoim pomocniczym rozumem ogarnąć i trzymać jednocześnie tę tajemnicę pod swoją kopułą, w której wiły się niezręcznie zwoje jego murarskiego mózgu ever..
Kierowca mówił do tego z tartaku, że w końcu trafił mu się pomocnik murarza, ponoć dobrze zapowiadający się. Ten z tartaku też miał z tego powodu farta, bo kierowca w końcu przyjechał po krokwie, a jak wszystko dobrze by poszło, to i deski na dach zabrałby dzień później.
Pomocnik murarza nawet nie spodziewał się, że tyle od niego zależało, że moment, w którym ponownie świat rozpoznał w nim pomocnika murarza, znowu na jakiś czas ten świat odmienił, począwszy od człowieka z tartaku po kierowcę, który z pomocnikiem krokwie ładował na pakę.
Trudno tak nagle, nie będąc przygotowanym, ocenić, ile takich dni w tej branży zdarzało się w roku i czy towarzyszące temu przekonanie, że dałoby się to tylko porównać do wyniesienia kogoś – niepozornego pomocnika, unikającego rozgłosu – do roli świętego, byłoby zgodne z prawdą o tym zawodzie, czy jedynie błyskotliwym, ale jednak, nadużyciem.
Kiedy już krokwie załadowano, opuściliśmy tartak. Ten od tartaku machał do nas ręką, a pomocnik murarza, który ponoć dobrze się zapowiadał, nie wiedział jeszcze, że słońce wypala powoli, ale metodycznie, kolejne warstwy świata, warstwy idei, warstwy ,,Lalki”, Papuszy, czy też innych naiwności, że wypala na wiór to wszystko, bo słońce ma to do siebie, że wypala bez względu na osobę, czy to byłby człowiek z tartaku, czy kierowca, czy pomocnik murarza,, nie oszczędzało nikogo.
Od sześciu miesięcy na youtubie wisi materiał Zbigniewa Wodeckiego with Mitch&Mitch Orchestra. Pełny zapis ze Studia Koncertowego Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego z 2014 roku. Wiedziałeś o tym, drogi czytelniku? Bo ja nie miałem o tym zielonego pojęcia. Nie wiem, jak ciebie, ale nikt mnie o tym nie poinformował. Nie zadzwonił, żeby uprzedzić, a wydawało mi się do tej pory, że między ludźmi kultury, braku kultury, a nawet między takimi, którzy krążą między tymi dwoma światami, pewne gesty są na porządku dziennym. Że już się czegoś nauczyliśmy. Jak chociażby tego, że należy zadzwonić, poinformować, przynajmniej w dniu premiery, jeżeli wcześniej nie było na to czasu.
Może i bym nie zwrócił na to uwagi, ale musisz wiedzieć, drogi czytelniku, że mój tato przypominał wszystkim Zbigniewa Wodeckiego. Tak. Nie żartuję. Sam się dziwię, że ludzie, odpowiedzialni za kulturę w tym mieście, nie wykorzystywali tego faktu. Wystarczyło, żeby postawili w mieście ogromną scenę, taką, o której marzą najwięksi artyści tego świata, wysoką, tak wysoką, że, by artystę dojrzeć, trzeba by wysoko zadzierać głowę, a i tak, słońce, wystające zza drzew, karciłoby takiego śmiałka, że się odważa artyście w oczy spojrzeć, więc gdyby tylko chcieli, to tato, mógłby na tej scenie stanąć, kiedy jeszcze nosił długie, zdrowe, gęste i naturalnie kręcące się, zawijające włosy. Miał przy tym uroczą, jak każdy prawdziwy artysta, szczelinę między górnymi jedynkami, nosił okulary na nosie, jak prawdziwy Wodecki i mógł co roku występować na wschowskich scenach plenerowych i śpiewać z playbacku, bo zdaje się, że każdy w tamtych czasach z playbacku śpiewał. Mógł być Zbigniewem Wodeckim, gdyby ten nie miał akurat czasu do miasta przyjechać na jakieś letnie występy. Tato by go spokojnie zastąpił, podejrzewam, że na tyle dobrze, autentycznie i przekonująco, że wypełniłoby to jego życie na następne lata, a może i dekady.
Pewnie zastanawiasz się, drogi czytelniku, czy aby nie przesadzam. Nie. Nie ma w tym nawet grama przesady. Kiedy widziałem w telewizorze Zbigniewa Wodeckiego, jak odrzuca włosy do tyłu, jak je poprawia takim charakterystycznym gestem człowieka, który ma co poprawiać na swojej głowie, jak gdzieś nad uchem lewym, czy prawym jakiś kosmyk włosów odganiał, ech, to tak samo, jakby to robiło on, tato. Kiedy z kolei patrzyłem na niego, siedzącego przed telewizorem, jak odrzucał włosy do tyłu, jak je poprawiał, takich gestem, charakterystycznym dla kogoś, który doskonale wie, że jest co poprawiać w odróżnieniu od osób, które dawno się takiego gestu musiały wyrzec na rzecz innych gestów, już mniej spektakularnych, więc, jak na to wszystko patrzyłem, przyglądałem się, to widziałem przed oczami Zbigniewa Wodeckiego. Kropka w kropkę.
Żebym tylko ja to widział, to pół biedy, ale widzieli to moi kumple, którzy wpadali czasami do naszego domu. Jeżeli tylko tato akurat przebywał gdzieś w okolicy i dał się gdzieś zauważyć, przyłapać, zaobserwować, to nie pamiętam, żeby ktokolwiek nie zwrócił na to uwagi. No Zbigniew Wodecki. Wypisz, wymaluj.
Zatem co powstrzymywało ludzi, którzy na co dzień tworzyli kulturę w tym mieście, żeby wpaść do nas raz, dwa razy do roku i zaproponować, żeby tato odegrał Zbigniewa Wodeckiego? Tego nie wiem. Nikt przecież tego im nie bronił, sam tato, na tyle, na ile zdążyłem go poznać, zgodziłby się zapewne i nie domagałby się zaraz nie wiadomo jakiego wynagrodzenia. To nie był człowiek nie wiadomo jakich potrzeb, nie doprowadziłby przecież budżetu miasta do ruiny, co to, to nie. Miasto nie musiałoby wypuszczać obligacji na tę okazję, żeby sprostać jego wymaganiom. Umówmy się, tato nie przypominał Julio Iglesiasa, ale nie mniej wybitnego, ale jednak znanego lokalnie, Zbigniewa Wodeckiego.
Nie wiem tylko czy tato był świadom tego, że przypomina wszystkim Zbigniewa Wodeckiego. Nigdy z nim o tym nie rozmawiałem. Być może, jak większość mężczyzn w jego wieku, mógł domniemywać, że przypomina Alana Delona, francuskiego aktora, kojarzonego z francuską Nową Falą, który wszystkim wydawał się wtedy symbolem męskiego ideału. Może to był powód, dla którego nie można było się z nim dogadać w tej kwestii, gdyby tylko ktoś planował podjąć taką próbę.
Maciej jest moim sąsiadem. Kiedy się tutaj wprowadziłem, to on już był, mieszkał piętro niżej. Znałem go wcześniej, w zupełnie innym miejscu i czasie, kiedy jeszcze dla nas, dla mnie i Macieja, który był zdecydowanie ode mnie starszy i z gówniarzami się nie zadawał, wszystko było możliwe. Przyszłość nie stanowiła dla nas żadnych tajemnic. Od początku można by tak rzec, każdy z nas wiedział, że ten zbutwiały świat naszych starych, podmienimy na lekkostrawną włoską calzone lub tagliatelle w sosie serowym. Maciej był z innego podwórka, zadawał się ze starszymi chłopakami, ale na nasze podwórko też zaglądał, bo mieszkał tutaj Darek, no tak, powiecie, a kto to jest Darek i słusznie zapytacie, bo tych męskich imion mógłbym jeszcze wymienić sporo, ale nie w tym rzecz.
Maciej od tygodnia mówił, że Dżem przyjeżdża do Wschowy, kiedy, spotykał mnie, siedzącego na ławce, w cieniu, którego użycza jedno z osiedlowych drzew. Siedziałem na ławce, zaciągałem się papierosem, Maciej zachodził z mojej prawej strony i mówił, że będzie Dżem, że koszulkę ma już na tę okazję wypraną i może nawet wyprasowaną (nie wiem, czy na pewno, bo różnie to jest z fanami Dżemu, jedni prasują koszulki inni zakładają wygniecione) i że Balcara szanuje, mniej poprzedniego wokalistę, Riedel, wiadomo, ile to on już razy słuchał Dżemu na koncertach, to trudno na palcach jednej i drugiej ręki zliczyć, ale jak Dżem przyjeżdża do miasta, to reszta przestaje się liczyć. Trzeba tam pójść, zostawić gardło na placu kosynierów i bez gardła wrócić do domu. Trudno. Taki jest Dżem, jak już przyjeżdża, tego oczekuje od fanów.
I tak dni mijały w oczekiwaniu na ich przyjazd, spotykaliśmy się przy osiedlowej ławce, ja kopciłem fajki, Maciej wspominał, gdzie wcześniej ich słyszał, czego można się spodziewać po ich występie, że zawsze, albo prawie zawsze zostawiają serce na scenie, rzadko się zdarza, żeby było inaczej. A ja mówiłem Maciejowi, a wiesz Maciej, a pamiętam, jak śpiewałeś z Gawlińskim we Wschowie na koncercie Wilków w zamierzchłych czasach, kiedy jeździli ze swoją pierwszą płytą i wiercili dziurę w brzuchu, pytając, gdzie jest nasz dom, było to w czasach, kiedy chyba jeszcze obaj myśleliśmy, że świat za chwilę podda się, złoży broń, a my przejmiemy oszkloną kabinę, za którą było widać wszystkie jego magiczne stery.
W dniu, kiedy Dżem przyjechał do Wschowy, nosiłem Małego Stasia w nosidle, w tej części miasta, która znacznie oddalona była od miejsca koncertu. Spotkaliśmy po drodze starsze małżeństwo, spieszyli się i byli wyraźnie poruszeni. Nie znałem ich, ale oni znali Magdę i Małego Stasia. Więc zatrzymaliśmy się na chwilę, ale tylko na chwilę, bo oni, to starsze małżeństwo wyraźnie spieszyli się na koncert. Mężczyzna, jak opowiadała jego żona, do porannej kawy słucha jazzu i bluesa, a ona sama, och, Magda, Stanisławie i ty, co nosisz Stanisława w nosidle, żebyście wiedzieli, Dżem, to moja młodość – mówiła – idziemy, biegniemy, już tam na nas czekają, nasi znajomi, dla których Dżem kojarzy się z tym samym, biegniemy, idziemy, nie zatrzymujemy się.
Później Marysia (której nawet profesor Kukurowski z wrocławskiej uczelni nie straszny) dzwoni, a nawet nie, nie dzwoni, przesyła fragmenty koncertu messengerem, na tym nagraniu śpiewa, czy też raczej krzyczy o tym, że jest otoczona przez lunatyków, a później powtarza tę samą czynność przy innym utworze Dżemu, kiedy wydaje się, że siódma rano – to jeszcze noc, że praca z człowieka nie czyni kogoś lepszego, raczej odwrotnie i że warto się przez życie włóczyć, a nie maszerować sprężystym krokiem w defiladach rozmaitych, kłaniając się przed rozmaitymi ambonami świata tego.
Na drugi dzień spotykam Macieja. Jest ławka, jest cień, mam papierosy, dobry moment, żeby się przy okazji spotkać. Maciej ma jeszcze koszulkę na sobie z Ryśkiem Riedlem. To był świetny koncert – mówi – zostawili serce na scenie, ja zostawiłem gardło na placu kosynierów, napisz o tym, mówię ci, napisz, że ja, Maciej, tak powiedziałem, że grali trzy godziny i tak, jak myślałem, nie było żartów, Dżem nie żartuje.
I powtarzam tę opinię Macieja dyrektorowi, bo akurat tak się zdarzyło, że dyrektora spotykam na drugi dzień, na wschowskim rynku i mówię, że Maciej jest zachwycony, dyrektor nie zna Macieja, ale to nie szkodzi, trzeba się trochę powłóczyć po świecie, żeby poznać Macieja, a dyrektorzy przecież nie są od tego, żeby się włóczyć.
A jeszcze później usiadłem, jak już Dżem wyjechał z tego miasta i to wszystko opisałem.
Czytam Alice Munro w przerwach, kiedy nagle wydaje mi się, że trzeba opuścić swój kwadrat, ten lub tamten; mam znajomych na facebooku, którzy w swojej nieskrywanej melancholii rozmawiają już tylko o sprawach wiecznych, decyduję wtedy, że czas na Munro, ale przecież mam też i do nich zaufanie, więc nasłuchuję, co tam w wiecznej trawie piszczy, wysuszonej na wiór.
Wczoraj na przykład, tak mówimy między sobą, slangiem osiedlowym, poszedłem na wydmy. Ławka tam stoi, na tych wydmach; wieczorami musi tam być grubo, bo pełno butelek dookoła, im częściej tam przychodzę, tym więcej szkła, nie wiem nawet, co gorsze, szkło, czy plastik, nie mam pewnych źródeł informacji i gubię się, w czym teraz świat tonie, bo na pewno w czymś tonie, w plastiku lub w szkle. Może nawet w faszyzmie. Albo we wszystkim naraz.
Alice Munro wcale nie jest taka, jak ją sobie wyobrażałem przez ostatnie lata. Tylko co ja tam właściwie wiem, Five Points (wczoraj) i Meneseteung (dzisiaj, ale tak dwie trzecie zdążyłem, bo telefon, którego prawie nie mam, wyrwał mnie z tego miejsca). Też palę wtedy, nie wiem, czy w Kanadzie się pali w takich sytuacjach (Alice Munro jest z Kanady), kiedy idzie się na wydmy w slangu osiedlowym; wszystko jest takie porozrzucane i nietrwałe w drodze, nawet wczoraj (dzisiaj raczej nie), różowe krzesło ktoś wystawił, zapomniał, czy one tam tak celowo przez kogoś, może i celowo, może i do słońca było wystawione, bo tyle ostatnio słońca, że dlaczego by nie.
Później myślę, kto jeszcze się tam zabawia, bo ktoś na pewno jest z zewnątrz, może to właśnie on zdelegalizował szkło, potem plastik i tańczy z miejscowymi w nocnym kręgu uległości. Alice Munro mi tej odpowiedzi nie udzieli, kiedy stoję na osiedlu, z którego można udać się samemu na wydmy. To może i trywialne jest, że tego nie wiem, ale naprawdę można uwierzyć, że nikogo już takiego nie ma i dopiero, kiedy na chwilę wyrywam się z kwadratu (tego lub innego) i idę na wydmy w osiedlowym slangu, nagle odkrywam, że ktoś jeszcze jest na pewno.
Nie trzeba nikogo już przekonywać, że żar leje się z nieba, zresztą, gdyby to był tylko żar, to jeszcze pół biedy, ale prawdę mówiąc, nie oszukujmy się, piekło wylewa się z nieba od rana do wieczora, z przerwą na noc, a potem od nowa. Nieprzerwanie. Gdzieś w okolicach nawet deszcz jakiś spadnie od czasu do czasu, grad, można by powiedzieć, coś jak zima w środku lata, ale we Wschowie nawet i tego nie ma. Będą za to Dni Wschowy, impreza, która nie tak dawno, miała zmienić nazwę, ale nikt niczego lepszego nie wymyślił. Dlaczego nie wymyślił? Tego dokładnie nie wiadomo, może nie było ku temu jakichś sensownych przesłanek. Dni Wschowy pozostały i dzisiaj nie ma lepszej wiadomości pod wielkim piekłem nieba (dobrze piszę, panie, Piotrze?)
W to piekło wybrałem się kilka razy poza moje miejsce pracy, kwadrat, który zmienia się w zależności od czynników zewnętrznych. Raz to jest ten kwadrat, raz inny – człowiek ma kilka kwadratów, to potem nie wie, gdzie się podziać, żeby jakiś wiatr, wiaterek, zefirek niewinny go musnął przypadkiem. Chociaż, trzeba przyznać, przypadków nie ma. Dlatego w to piekło z nieba, ale odczuwane na ziemi, wybrałem się do biblioteki. Po Alice Munro. Ty, mój drogi czytelniku, pewnie nie wiesz kto to jest Alice Munro. Nie szkodzi. Grunt, że ja wiem, gorzej mogłoby być tylko wtedy, gdybym wybrał się do biblioteki po Munro, nie wiedząc kto to jest, skąd ona jest i bym taki wracał z rozdziawioną gębą z Munro pod pachą, jakbym zaraz miał ją komuś wręczyć w uznaniu za zasługi dla miasta albo powiatu.
Nic z tego. Wybrałem się po Alice Munro i z Alice Munro wróciłem do swoich kwadratów. Nie pisałbym może o tym, bo kogo interesują piekielne peregrynacje człowieka z kwadratu. Raczej nikogo. Kto zresztą w te dni, tamte noce, przemieszcza się w tym mieście, gdzie już wkrótce odbędą się Dni Wschowy. No raczej nikt się nie porusza, każdy siły oszczędza na zbliżający się weekend. I ja to szanuję, jak mówi popularny piosenkarz w popularnej reklamie.
Ale idąc wtedy do biblioteki, nie wiem, jak to się stało, bo w tej dziedzinie specjalistami są radni, oni wiedzą, jakie zwoje mózgu odpowiadają za interpelacje i zapytania, wnioski itp., w każdym razie idąc tak w jedną stronę, a potem w drugą, jakoś tak samoistnie chyba, może coś mi się w środku przegrzało, nie wiem, radny byłby tutaj ekspertem, ale pojawił się we mnie wniosek obywatelski, taki wniosek niewypowiedziany jeszcze wtedy, w chwili, kiedy się we mnie pojawił, na chwilę zresztą, ale który chciał, żeby go też dalej pchnąć w kierunku ludzi, żeby ludzie się później wypowiedzieli, czy to ma sens, czy raczej sensu nie ma. No, wiadomo, ogromne emocje temu towarzyszyły. Jak to w życiu.
W każdym razie, żeby nie przedłużać, zastanawiałem się, czy nie można zamiast kurtyny wodnej na rynku, w całym mieście uruchomić klimatyzację. Wiecie, że człowiek wychodzi z domu, a na zewnątrz, w całej Wschowie hula klima ustawiona na 20 stopni. Nie wiem, jak to zrobić, ale to miasto wydało na świat tylu znamienitych architektów, ekonomistów, ludzi z branży reklamy i PR, speców od budownictwa, że naprawdę wstyd, że jeszcze nie pomyśleli o tym. W sensie o nas, mieszkańcach, którym dzień w dzień piekło na łeb się wali, jakby to była jakaś rzecz naturalna, a przecież taką nie jest.
Więc może, nie wiem, może Alice Munro wypożyczcie, tez będziecie mieli takie świeżynki, pomysły, jak miasto z kolan podnieść, kiedy piekło żarem z nieba się leje w sposób niestrudzony.
Na wspólnej komisji było nas dwóch. Dwóch obywateli. Jak ktoś nie wierzy, może zajrzeć do moich notatek. Mam tam wszystko rozpisane. Że było na sali gorąco, wiatrak chodził, radny w trakcie obrad musiał drzwi otwierać, nie było burmistrzów trzech, nie było też pani dyrektor Biura Organizacyjnego, bo jak wszystkim wiadomo, pani dyrektor nie jest już panią dyrektor, a jeszcze miesiąc temu była. I taka przy okazji myśl mnie naszła – że wszystkich nas czeka taki los na tym marnym świecie. Jesteśmy, a na drugi miesiąc nas nie ma. A świat jakby nigdy nic. Dalej jakieś swoje szaliki, czapki i rękawiczki na drutach dzierga. To wszystko zresztą jest udokumentowane, tak, jak i to, ze było nas dwóch. Dwóch obywateli.
Wspominam o tych obywatelach, bo prawdę mówiąc nikt ich nie przywitał. I nie mam o to żalu. Broń Boże. Ale wszyscy inni zostali przywitani. Radni, dyrektorzy, urzędnicy, zaproszeni goście, a obywatele nie. Chciałoby się zapytać, a dlaczego tak się dzieje, że obywateli się nie wita w tym mieście? Czy obywatele coś zawinili w ostatnich miesiącach, że się ich pomija, kiedy zaczyna się litanię, modlitwę, paciorki do wszystkich obecnych, a obywateli się nie zauważa? W czym oni są winni, poza tym, że są obywatelami?
Na tej komisji nawet omawiano uchwałę na temat konsultacji z mieszkańcami Wschowy. Właśnie w tym samym momencie, kiedy tę uchwałę dyrektor omawiał, my, mieszkańcy Wschowy w liczbie dwóch osób, zajmowaliśmy dwa krzesła, a jednocześnie, za nami, jeszcze dwa, bo nasze torby, plecaki zostawiliśmy za sobą. I to nawet nikogo w trakcie obrad komisji nie zastanowiło, żeby jakoś skorygować to wstępne i niepełne w rezultacie powitanie wszystkich, z pominięciem obywateli, mieszkańców, dokładnie dwóch mężczyzn, nie powiem, w średnim wieku.
Przecież prowadzący te obrady mógł po godzinie się zreflektować i powiedzieć na przykład: przepraszam najmocniej, witałem wszystkich, radnych, dyrektorów, urzędników, zaproszonych gości, a zapomniałem, nie zauważyłem – zdarza się najlepszym – dwóch obywateli, mieszkańców Wschowy. Są z nami – mógł powiedzieć prowadzący – alleluja.
Ale nie – uparł się. Nikt więc nie zwrócił na nas uwagi, na tych dwóch obywateli i tak już do końca pozostało, że obywatele obywatelami, konsultacje konsultacjami, wolność wolnością, częściowość częściowością, upał upałem, ale kogom przywitał na początku, pomijając dwóch obywateli, tegom przywitał. Amen.
Mam na to teorię, która rozgrzesza prowadzącego. Otóż teoria brzmi mniej więcej tak – prowadzący nie przywitał dwóch mieszkańców Wschowy, ponieważ obok niego usiadła radna z Lginia. A – proszę państwa – radna z Lginia do tej pory nie siadała tam, gdzie prowadzący, tylko tam, gdzie nikt obrad nie prowadził. Po tej stronie stołu radna siedziała, gdzie zajmują miejsca radni opozycji.
Oczywiście po komisji zapytałem panią radną, co oznacza ta nieoczekiwana zamiana miejsc. I się dowiedziałem. Radna nie chce żyć w pięcioletnim lekceważeniu, nie zamierza być pomijana, nie jest jej marzeniem, żeby tym samym miejscowość, którą dumnie reprezentuje, była białą plamą na mapie gminy i żeby na naradach, wiecach i okolicznościowych imprezach lekceważono jej znaczenie. Z tym koniec. Dlatego zmieniła miejsce, opuściła tę część stołu, która jej się kojarzy z niemocą, a która w duchu przecież polskiego samorządu musi być lekceważona, pomijana i banowana.
Stąd też być może to zachowanie prowadzącego. Bo przyszli na obrady obywatele, ale gdzie oni symbolicznie siedzą przy stole obrad, tego za cholerę nikt nie wie. Czy oni gdzieś po środku się widzą, czy raczej po niewłaściwej stronie, czy właściwej, a może nie daj Bóg, po żadnej.
A radna? Proszę. Jak usiądzie, to od razu wszystko wiadomo, a te obywatele, te mieszkańce, te wschowianie – nigdy nic nie wiadomo. Lepiej więc, jak mówi przysłowie, przywitać wróble w garści, niż gołębie na dachu.
Gross ,,Siwy”: Na pohybel wszystkim. To jest ładny toast, co?
Olo Żwirski: I za to z tobą wypiję.
(Psy, scenariusz i reżyseria: Władysław Pasikowski)
Miałem 15 lat, kiedy 4 czerwca 1989 roku odbyły się w Polsce wybory do Sejmu i Senatu. Z racji wieku nie głosowałem. Co myślałem wtedy – nie pamiętam. Na pewno ani wtedy, ani później, nie odbierałem tego w kategoriach pokoleniowego doświadczenia. Dla mnie takim przeżyciem był film ,,Psy” Władysława Pasikowskiego z 1992 roku, który na tle tego, co się w Polsce działo od czerwca 1989, dekonstruował wielki mit solidarności i wprowadzał na salony racjonalną dekonstrukcję w odróżnieniu od powszechnej i mitologizującej, a zarazem obowiązującej opowieści o nowym, lepszym świecie.
Na pohybel wszystkim, toast wznoszony w 1992 roku przez Janusza Gajosa, stanowił przynajmniej dla mnie, osoby, która powoli wchodziła w dorosłe życie, pewien drogowskaz. Kultura masowa miała wtedy więcej odwagi niż wójt, pan i pleban. Więcej odwagi niż Gazeta Wyborcza i ultra liberał oraz piewca wolnego rynku Leszek Balcerowicz. Z ekonomistów było mi zawsze bliżej do Tadeusza Kowalika, a kiedy ostatnio na komisji miejskiej usłyszałem z ust drugiego wiceburmistrza Marka Kraśnego, że były wiceburmistrz Miłosz Czopek być może zna się na ekonomii, bo Marek Kraśny na pewno na budownictwie, uznałem, że toast Gajosa nie stracił na aktualności.
* ,,Żyjmy, nie chcąc się naprawić”, fraza, zamieszczona w drugim członie tytułu, pochodzi z utworu Interpol zespołu Pro8l3m