W mieście pojawiły się falliczne wizerunki i nikt chyba nie zwraca na to uwagi. Bo w ogóle mało co zauważa się we Wschowie. Czasami można usłyszeć, jak pomysłodawcy różnych imprez, organizowanych w plenerze lub we wnętrzach rozmaitych budynków narzekają, że ich informacyjne plakaty, rozwieszane na słupach, nieszczególnie przyciągają uwagę. Ogólnie mało co przyciąga uwagę, a już wizerunki falliczne w szczególności. Raczej się o nich nie mówi. Przynajmniej w ostatnich kilku latach nikt ze mną o tym nie rozmawiał. Nie mam też o to do nikogo pretensji. Zapewne różne są powody tego, że się obrazy falliczne przemilcza w rozmowach. Najważniejszy powód jest chyba taki, że prawdopodobnie nikt o nich nie wie, bo wrosły w krajobraz miasta i wydają się jego integralną częścią.
Nie ulega jednak wątpliwości, że fallicznych wizerunków jest coraz więcej, w różnych częściach miasta. Raczej nikomu nie przeszkadzają, no chyba, że akurat pojawiły się na prywatnej własności. Jeżeli to nie jest prywatna własność, to nie ma raczej obaw, przeżyją nas, nasze dzieci i dzieci naszych dzieci.
Naliczyłem tych wizerunków ostatnio cztery, w tym dwa wyglądają na stałą ekspozycję, a pozostałe – też dwa – to wizerunki nietrwałe, a nawet ruchome.
W dodatku nietrwałość jednego z tych wizerunków fallicznych zależna jest od czynników ludzkich, a nietrwałość drugiego wizerunku zależna od czynników – można by powiedzieć – poza ludzkich, w pewnym sensie pierwotnych.
Z kolei stałe ekspozycje obrazów fallicznych być może ktoś by wpisał w poczet popularnych aktów wandalizmu, ale nie ma się co spinać, nie takie rzeczy to miasto widziało. Faktem natomiast jest, że jeden wizerunek znajduje się na metalowym koszu ulicznym z daszkiem, a właśnie na tym daszku od dobrego roku obraz fallusa jest widoczny. Drugi natomiast widnieje na dość popularnym znaku drogowym, należącym do grupy znaków ostrzegawczych, który ostrzega kierowców dość popularną frazą o chrześcijańskim rodowodzie: ustąp pierwszeństwa.
Dużo by o tym pisać, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że czasami człowiek nosi w sercu różne wschowskie wizerunki, bo do Wschowy się przywiązał i poza nią świata nie widzi. Nosi te wizerunki, np. falliczne, te ze stałej ekspozycji, ale nie wie co z nimi począć. Musi się coś wydarzyć szczególnego, żeby do nich wrócić i żeby tym samym zajęły należne im miejsce w pamięci miasta. Tak też się stało bodajże w ostatnią sobotę. Wraz z pierwszym śniegiem na placu zabaw pojawiły się wizerunki falliczne. Dokładnie trzy, ale tylko dwa udało się uchwycić. Kto ma jeszcze dobrą pamięć, ten wie, że zaraz potem śnieg stopniał, a wraz z nim stopniały i te obrazy. W sumie wszystko kiedyś stopnieje, nawet jeżeli nie jest ze śniegu. Dlatego trzeba chronić te wizerunki, które tym odwiecznym procesom jeszcze się nie poddały.
W jednym z moich ulubionych filmów Gusa Van Santa, w ,,Buntowniku z wyboru”, profesor Gerald Lambeau, grany przez Stellana Skarsgarda w rozmowie z Robinem Wiliamsem (świetna rola psychologa/psychoterapeuty) wspomina matematycznego geniusza z Indii Srinivasa Ramanujana. Nie znam się zbyt dobrze na matematyce, ale o Ramanujanie każdy bez wyjątku twierdzi, że był to w historii matematyki niezwykły geniusz. Mój przyjaciel R. twierdzi podobnie, ale dodaje przy okazji, że geniusz Ramanujana mógł się rozwinąć tylko w Indiach lub w podobnym środowisku, bo Europa już wtedy rozpędzała się do tej formy edukacji, która każdy możliwy geniusz była zdolna spacyfikować poprzez procedury, instytucje, dostęp do wiedzy itp. Myślę, że R. trochę przesadza, bo spogląda na edukację przez polski pryzmat, ale co by nie mówić, Ramanujan twierdził, że wszystkie zaskakujące matematyczne odkrycia docierały do niego we śnie za sprawą hinduskiej bogini Namagiri. R. twierdzi, że w monoteistycznej Europie, skrajnie racjonalnej, geniusz Ramanujana nie mógłby rozwinąć skrzydeł.
Ramanujan w swoich obliczeniach szedł szeroko. Ponoć miał ambicje matematycznie wykazać strukturę wszechświata, jego obliczenia dzisiaj służą w teorii strun, która mówi co najmniej o 10 wymiarach, z czego 4 są znane człowiekowi, czyli długość, szerokość i wysokość oraz czas, pozostałe co najmniej 6 jest ludzkiemu doświadczeniu niedostępne. Nie o tym jest ten tekst, więc nie będę tego rozwijał. Dodam tylko, że Ramanujan z Indii trafił na chwile do Cambridge, gdzie wykładał inny wybitny matematyk G. H. Hardy. On, Hardy, miał powiedzieć kiedyś, cytuję: ,,Żaden matematyk nie powinien nigdy zapomnieć, że matematyka, bardziej niż jakakolwiek inna dziedzina sztuki czy nauki, jest domeną ludzi młodych”.
Kiedy przeczytałem ten cytat Hardy’ego przypomniałem sobie niezmiernie ciekawy teledysk do nieskomplikowanej piosenki Krzysztofa Zalewskiego ,,Miłość miłość”. Ale nie tylko. W ostatnich miesiącach przy różnych okazjach myślałem w podobny sposób, jak nie przymierzając prof. Hardy. Z tą różnicą, że nie brałem pod uwagę matematyki. Wszystko inne miałem w głowie poza matematyką. I nie będzie to żadna nowość. Po prostu w wieku 43 lat z jakąś melancholijną pewnością, powtarzam sobie, że to właśnie młodość jest początkiem niemal wszystkiego. To wtedy podejmuje się decyzje o wyborze partnera/partnerki, o wyborze studiów lub zawodu, zakłada się rodzinę, buduje dom lub szuka się mieszkania, bierze się kredyty lub korzysta z finansowej pomocy rodziny. Bez doświadczenia, bez wiedzy, bez świadomości pułapek, jakie niosą ze sobą tego rodzaju decyzje, podejmuje się wybory, które z czasem, im bardziej skutki tych decyzji się komplikują, próbuje się ich bronić, umacniać, wiązać. Jest w tym coś tak nieracjonalnego i szalonego, a zarazem coś naturalnego. Jakby w ludzką strukturę wpisana była potrzeba podejmowania decyzji w wieku, który pozornie nie nadaje się do tego. Bo przecież im człowiek starszy, tym niby mądrzejszy i bardziej doświadczony. Tak nas jakoś natura ukształtowała, że jednocześnie wraz z wiekiem, stajemy się bardziej powściągliwi, zdystansowani, mniej zdolni do ryzyka i – prawdopodobnie – naturalnie oddalamy się od bodźców, emocji, logiki, które nami kierowały przy podejmowaniu decyzji w młodości. Nie ma już ryzyka, szaleństwa, wyborów na całe życie. W zamian i w pewien sposób stajemy się niewolnikami tych śmiałych możliwości i przez resztę życia ich bronimy i je konserwujemy. Czasami zdarza się jednak, że się do nich obracamy tyłem. Być może, jakby tego chciał R. dzieje się tak na skutek tego, że wtedy mentalnie stajemy się przez chwilę Hindusami i nocami nawiedza nas bogini Namagiri.
Mam z tym podstawowy problem. Bo jeżeli prof. Hardy miał rację, to życie jest domeną ludzi, którzy w młodości zaryzykowali i dzisiaj niosą tego konsekwencje. Nie wiem więc, co jest jeszcze możliwe. Czy wszystko, o czym można było zdecydować, przeminęło i nie ma już do tego powrotu. Decyzje można już tylko naśladować, ale nie podejmować. W ramach tych decyzji można się tylko przyglądać ich konsekwencjom, ale nie można mieć już na nie wpływu. Tak jakby tylko w Indiach (w młodości) na chwilę otwierały się wrota wszelkich, najróżniejszych i nieprawdopodobnych możliwości. Ramanujana, hinduskiego geniusza matematyki, w Europie dręczyła bezsenność, ponoć chudł na potęgę, bo – zgodnie z religią hinduską – trzymał się diety, ubogiej diety, był weganinem, żył w skrajnej nędzy, gorzej niż w Indiach i w końcu umarł. Poradził sobie w końcu w Europie z chorobą, wrócił do rodzimego kraju i tam choroba dopadła go ponownie i zakończyła jego krótki żywot. Zmarł w wieku 33 lat. Niemal Chrystus.
Poinformowałem ostatnio znajomych o tym, że do końca czerwca przebiegnę 10 kilometrów w 40 minut. Moi znajomi chyba mnie lubią, ale w tej sytuacji zdaje się nadwerężyłem ich granice akceptacji, bo pukają się w głowę i uśmiechają z niedowierzaniem. W sensie takim, że głupoty opowiadam. Rysują coś mi na kartkach, sprawdzają w Internetach i wychodzi im, że 10 kilometrów to przebiegnę, ale nie w 40 minut tylko w godzinę. No, w godzinę to przecież wiem, że przebiegnę, ale w godzinę, to każdy przebiegnie. A tutaj sprawa nie rozbija się o to, czy każdy w tę godzinę pokona 10 kilometrów, bo to psuje zabawę i nie ma przed człowiekiem wyzwania oraz jakiegoś ambitnego celu. A cel jakiś musi być, wyzwanie również. Więc upieram się, że w 40 minut i znajomi chyba dla poprawności naszych relacji poddali się i nikt już nie puka się w czoło, a jedynie mówią: próbuj, staraj się, no pewnie.
Niestety pojawił się problem. Ponieważ moja pierwsza myśl o tym, że zacznę biegać zrodziła się 6 lat temu podczas Bluesobiegów Sławskich. Oczywiście, jak to w moim życiu, trzeba było pięć i pół roku, aby tę myśl wprowadzić w czyn. Niestety okazuje się, że najprawdopodobniej w tym roku Bluesobiegi Sławskie nie odbędą się. Dowiadywałem się u źródła, jeszcze nic pewnego, ale wszystko na to wskazuje. I – proszę mi wierzyć – to mi trochę podcięło skrzydła. Bo od samego początku, ilekroć myślałem o jakimkolwiek udziale w zawodach, to Bluesobiegi Sławskie zawsze od tych sześciu lat nosiłem w sercu. Myślałem, że jak już w końcu zacznę biegać, to koniecznie pobiegnę w Radzyniu, bo tym samym chciałem oddać hołd organizatorom i uczestnikom. Myślałem: o, będzie lał się ze mnie szlachetny pot, słońce będzie mi wyżerać powoli wątrobę, a płuca napełnią się piaskiem. Będę biegł, biegł, biegł, jak biegnij Lola, biegnij. Nic już mnie nie powstrzyma, nie zakłóci rytmu, sensu, oddechu. Nikt i nic.
A jednak. Impreza stoi pod dużym znakiem zapytania. Znowu omówiłem to ze znajomymi. Znajomi/przyjaciele chyba mnie lubią, bo nawet co najmniej dwie osoby zadeklarowały, że to nic, zorganizują mi te Bluesobiegi i nawet medal dostanę i jeszcze firmę zewnętrzną sprowadzą, która czas mi zmierzy i wyniki ogłosi. To miłe oczywiście, że się moi znajomi/przyjaciele tak zaangażowali, chociaż wcześniej pukali się w czoło. Co by jednak nie mówić nie po to w październiku rozpocząłem swoją Odyseję, żeby na koniec dowiedzieć się, że bluesobiegów nie będzie. Jak każdy Żyd, Odyseusz mogę latami kręcić się w kółko, wiatr może spychać mnie na mielizny, sam mogę się spychać, śpiew Syren może mnie nęcić, ale co by się nie działo, wiem, że zmierzam do Itaki, a w tym przypadku do Radzynia. Więc? Co teraz? Będą te Bluesobiegi? Nie będzie? To się niedługo pewnie rozstrzygnie. Wiem natomiast, że jakby co, to będę gotowy przebiec w Radzyniu 10 kilometrów w 40 minut.
Artur Obuchowicz z FWS Bike Team założył na facebooku nowy profil. Wiem, każdy może założyć jakiś profil. Na przykład o nazwie: nie chodzi mi o to, czy się ze mną prześpisz. Ale akurat taki nie powstał, tzn., nie o takiej nazwie. Przeciwnie, mało tam jest o spaniu, dużo o innych przyjemnościach. Też przesadzam, bo tego jeszcze nie wiadomo, wszystko jest w głowie Obuchowicza, a nikt nie wie, co się tam kryje, bo Artur z nikim o tym nie rozmawia, trochę się z tym kryje, zwleka, może nawet coś kręci, jak to mają w zwyczaju ludzie z FWS Bike Team.
W każdym razie profil nie posiada onirycznej nazwy pt.: nie chodzi mi o to, czy się ze mną prześpisz, ale za to posiada inną nazwę, nie mniej zjawiskową. Nazwa jest ważna, bo już w biblii i to na pierwszych stronach starego testamentu dużo o tym się pisze, bo ponoć kiedyś nic nie miało nazwy, a się po ziemi panoszyło i ktoś tam uznał, jakiś użytkownik ówczesnego facebooka, że trzeba to jakoś uporządkować. I podobnie Artur Obuchowicz uznał i dlatego nazwał stronę na facebooku, przywołuję z pamięci: Sportowypowiat.
Można wpisać, jest, łatwo znaleźć.
Ktoś zapyta, co mam z tym wspólnego? Bo wiadomo, że prowadzę niezdrowy tryb życia, nie mam szczęścia w miłości, palę papierosy i piję mocną kawę, taką, jaką pili prawdziwi komuniści w 1905 roku.
Otóż trochę jednak z tym coś wspólnego mam, ponieważ w tym tygodniu, a dokładnie od dzisiaj, czyli od 21 lutego, po przeszło trzech miesiącach, mój plan treningowy przewidział po wielu perypetiach 30 minutowy bieg. Zaczynało się w listopadzie od minuty biegu i pięciu minut marszu i tak do 30 minut. W ubiegłym tygodniu doszedłem do czternastu minut biegu, minuty marszu, czternastu minut biegu i minuty marszu. A w tym, w końcu, pełne 30 minut biegu. Wprawdzie przy takiej pogodzie nie ma gdzie biegać we Wschowie, więc się biega po chodnikach wieczorową porą, ale się biega. I dlatego coś wspólnego, zarazem bardzo amatorskiego z ideą Artura Obuchowicza mam. A skoro mam, to o tym piszę.
Idea Obuchowicza, której publicznie nie zdradza, ale o której skądinąd wiem, to pomysł, żeby osoby, które uprawiają sport amatorsko na terenie powiatu, połączyły siły. Jest sporo osób, które niekoniecznie przynależą do jakiegoś klubu sportowego, ale za to biorą udział w zawodach, jak choćby twórcy strony Biegaj Wschowo, która istnieje na facebooku, organizując np. Mikołajkowe bieganie na szlaku bluszczowym.
W każdym razie osób, które biegają we Wschowie, bo to akurat obserwuję, jest naprawdę spora liczba. Spotykam ich albo na szlaku bluszczowym, a ostatnio na chodnikach Wschowy, mijamy się przy ulicy Pustej, na Konopnickiej, na stawach, na Kazimierza Wielkiego, przy stadionie miejskim i w innych miejscach. I tak pewnie jest z wieloma innymi dziedzinami sportu.
Tak więc przyglądajcie się temu, co dzieje się na stronie fb pod nazwą Sportowypowiat, nawet jeżeli ta strona nie ma tak pociągającej nazwy, jak nie chodzi mi o to, czy się ze mną prześpisz.
W piątek M. proponuje Once. Nie znam Once, M. również. Mnie wydaje się, że już to widziałem i kojarzę z jakąś amerykańską produkcją sprzed co najmniej 7 lat, M. kojarzy Once tylko dlatego, że to ulubiony film J., znajomego M. ze studiów. J. – mówi M. – wyżej ocenia Once niż La La Land (za chwilę wprowadzę więcej imion i przyjdzie Bóg S., który w tym znaczeniu Bogiem nie jest i zaniepokojony liczbą imion, których w tym tekście nie ma, bo operujemy tutaj jedynie ich odpowiednikami w kształcie spółgłosek zakończonych kropką; więc wymiesza ten Bóg S. kropki z przecinkami, a w miejsce znaków zapytania powstawia średniki i znowu zaczniemy mówić do siebie w obcych językach).
Wiem o czym jest La La Land, nie wiem o czym Once, ale skoro J. porównuje te filmy, to pewnie fabuła – myślę zanim zdecydujemy się na Once – sprowadza się do tego samego: popkultura unieszczęśliwia, tak jak Bóg S., który Bogiem nie jest.
W międzyczasie, zanim napisy na ekranie przeminą, bo wszystko jest ulotne i marne, myślę o różnicy między organizacją pozarządową, a lokalnym samorządem. Z obliczeń wynika, że różnica jest zasadnicza. Samorząd w osobie wiceburmistrza zaprasza na pokaz slajdów eksperta od prawa oświatowego D., a organizacja pozarządowa w osobie szefa Twórczych Horyzontów zaprasza również na pokazy slajdów podróżników, których imion jest wiele, jak imion Boga w Starym Testamencie. Problem polega na tym, że pokaz slajdów D. większość kwestionuje, a pokazy slajdów podróżników, których imion jest wiele, niczym imion starotestamentowego Boga, kwestionować nikt nie zamierza. Wniosek z tego taki, że lepiej by było, gdyby samorząd, reprezentowany przez wiceburmistrza zaprosił na pokaz slajdów do Urzędu podróżnika, a organizacja pozarządowa w osobie szefa TH miała wolną rękę przy podejmowaniu decyzji, czy pokaz slajdów eksperta od oświaty nadaje się na festiwal podróżników, czy też nie.
W każdym razie oglądamy z M. Once. M. po 40 minutach pyta, czy coś w tym filmie się wydarzy. Nie wiem, bo nie oglądałem wcześniej Once, pomimo tego, że wydawało się, że i owszem, widziałem, bo kojarzyłem nie wiadomo dlaczego z amerykańską produkcją sprzed 7 lat. A przecież Once jest starszy, więc pomyłka. Poza tym ten film, z którym pomyliłem Once, to pewnie by się M. podobał, bo tam się wydarzało, a w Once rzeczywiście wydarzać się nic nie może, bo założeniem filmu jest brak wydarzania się. Taki marksistowski film – powiedziałbym, gdybym był marksistą – który przez to, że nic się w filmie nie dzieje, krytykuje agresywny kapitalizm.
W każdym razie Once kończy się awanturą. M. pisze do J., że film chujowy. Chipsy nam się kończą. Jest późno. Też bym do kogoś napisał, że Once jest chujowy, ale nie mam do kogo. Poza tym ani przekaz z La La Land, ani z Once, którego idea jest identyczna, nie przekonują mnie. A jednak zbliżają się walentynki, a dwa ostatnie filmy, które obejrzeliśmy razem z M. próbują nas przekonać, że miłość jest jak pokaz slajdów eksperta od oświaty.
Świadkowie stali w jednym rzędzie, jak w starych, polskich wojennych filmach i odpowiadali, jak się okazało, na to fundamentalne pytanie. Wszyscy, świadkowie na tej rozprawie, byliśmy mieszkańcami Wschowy. Staliśmy między powodem, a oskarżonym, jak zdrajcy lub bohaterowie wszystkich tych polskich romantycznych filmów wojennych
(…)
Nagle ten wpis w dyplomie zaczął mnie uwierać. Wiedziałem, że w ogóle mnie nie definiuje, nigdy nie byłem nauczycielem i nigdy nim nie chciałem zostać, może tylko przez chwilę na studiach, ale szybko mi przeszło. Poza tym ten kto zna Wschowę, wie, że zawód nauczyciela trochę się zdewaluował. Poprzedni burmistrz był nauczycielem, obecna pani burmistrz jest nauczycielem i często się słyszy, że nic gorszego miasto nie może spotkać, jak burmistrz nauczyciel. I z tą całą wiedzą, stałem i nie wiedziałem co odpowiedzieć. Miałem mętlik w głowie. Myślałem, kurczę, jesteś świadkiem swojego przyjaciela, ten pewnie liczy, że będziesz mówił prawdę i tylko prawdę, a prawda jest właśnie taka, że jestem nauczycielem, a skoro jestem nauczycielem, to czy mnie, wschowianinowi, można zaufać?
(…)
To z kolei przypomniało mi inne moje doświadczenie. Kiedy w pierwszych latach XXI wieku straciłem pracę i przez jakiś czas byłem bezrobotny. Sporo się wtedy zresztą nauczyłem o solidarności męsko-damskiej. Byłem wtedy już mężem i ojcem i dowiedziałem się (…)
To było dość bolesne doświadczenie, ale za to raz na zawsze zrozumiałem, że człowiek przez całe życie jest sam. Czasami zdarza się, kiedy myślę: wcale tak nie musi być, być może moje jednostkowe doświadczenie wcale nie jest uniwersalne i kiedy – rzadko, bo rzadko – naprawdę czuję, ze jestem blisko, żeby odetchnąć i powiedzieć sobie: nie, człowiek nie jest sam, to nagle wszystko wymyka mi się z rąk i nadal nie wiem, czy to jednostkowa prawda, czy uniwersalna. W każdym razie w tamtym czasie, czyli w pierwszych latach XXI wieku, zdarzyło się, że nigdzie nie pracowałem i pewnego dnia wyjechałem za pracą do Zielonej Góry. W związku z tym, ze przez większość swojego życia w szeroko rozumianej literaturze widziałem swoje miejsce, to zaszedłem do czytelni biblioteki wojewódzkiej
(…)
Przecież starałem się, ubrałem nawet tak, żeby ukryć swoje bezrobocie. Testowałem się przed lustrem. Uśmiech, gesty, wszystko korygowałem, co mogłoby wskazywać na to, że jestem bez pracy. I na koniec, już prawie, kiedy miałem opuścić czytelnię, nagle takie okrucieństwo i pytanie o wykonywany zawód. Pamiętam, ze chciałem pominąć tę rubrykę, ale obawiałem się, ze zza rogu wyskoczy jakiś gorliwy stróż czytelni i na całą salę krzyknie: halo, halo, ale pan nie wpisał jaki wykonuje zawód, proszę uzupełnić rubrykę. I dopiero wtedy wszyscy dowiedzieliby się, ze kombinuję, że jak w sądzie od takiego człowieka prawdy i tylko prawdy raczej nikt się nie dowie. Więc postanowiłem być szczery, maksymalnie i napisałem po dłuższej chwili w rubryce wykonywany zawód: nie wiadomo. I szybko stamtąd uciekłem. Ale prawdę mówiąc i tak wiedziałem, że nie mam dokąd uciec, bo zawsze miałem poczucie, że jestem ze Wschowy (znikąd) i zmierzam do Wschowy (donikąd).
Nasza bohaterka wodzi za kimś wzrokiem. /Szuka Księcia./Gwoli rymu damy mu na imię Piotrek.
Pisała siedem dni, teraz się boi, że ten Piotr pękł./A dla niej on to filet mignon./W tym kraju, w którym każdy chłopiec jest jak mielony kotlet.
Dla niej on to mniej więcej Jude Law./W kraju w którym każdy chłopiec to jest jełop i oblech.
(Taco Hemingway, Wszystko jedno)
R. mówi, że to starość. Nie lubię, kiedy tak mówi. W ostatnich dwóch, trzech latach powiedział tak co najmniej z dwa razy. Za każdym razem chyba tłumaczył, co ma na myśli. Zrozumiałem dopiero w środę, kiedy powtórzył frazę o starości i wytłumaczył. No może i tak jest, kiedy peroruje, że to nie kwestia wieku/lat tylko sumy doświadczeń, które sprawiają, że w tych sferach, gdzie człowiek kiedyś niedowierzał, obśmiewał, dystansował się, nagle zmienia front. Mnie interesuje bardziej dlaczego tak się dzieje. R. ustala fakty. Przed faktami nie ucieknę.
To jest męczące. Rozumiem nagle dlaczego poniżane kobiety decydują się na to, aby być dalej poniżane. Skąd ta cała cholerna przemoc tu i tam, skąd dysfunkcje i to, że tak zwana miłość dla jednych jest drogą do piekła, dla innych przeciwnie. Ale – jestem o tym przekonany – to ta sama droga, te same uczucia, emocje, ta sama bliskość są u źródła. Zdaję sobie sprawę, że tego w żaden sposób nie jest w stanie uregulować ani ustawa Sejmu, ani milczenie lub przebąkiwanie na ten temat kościoła katolickiego lub jakiegokolwiek innego. Na to nie ma rady. Albo spotkają się ze sobą ludzie w miarę stabilni, albo spotkają się ludzie, z których jeden jest w miarę stabilny, a drugi nie. I chociaż łączy ich w jednym związku to samo, to w efekcie tam, gdzie jest w miarę stabilizacja, tam jest jakiś zdrowy układ, a tam gdzie odpowiedzialność rozkłada się nierównomiernie, tam kończy się różnie/źle/czasami przemocą psychiczną lub fizyczną. Żadna ustawa lub kościelny dekret nikomu nie pomoże. Bo źródło problemu jest w ludzkiej naturze. Jedni są skurwysynami bez względu na płeć, inni przeciwnie.
Muszę to sobie rozpisać, bo w przeciwnym wypadku pogubię się. No trudno. Nawet jeżeli to brzmi topornie.
Nie sposób tutaj nawet prewencyjnie zadziałać, bo jaką by stworzyć symulację, która wykluczałaby już na starcie skurwysyństwo? Skoro ludzie, którzy decydują się razem podążać w jakimś kierunku działają pod wpływem jakiejś nie do ogarnięcia chemii. Ostatecznie i tak dochodzą do rozwidlenia dróg – bo na każdym etapie życia, czy się tego chce, czy nie i tak dociera się do tego punktu – i jeżeli panuje między nimi w miarę stabilizacja, to mają wpływ na wybór, bo idą razem tam, gdzie oboje chcą, ale jeżeli jedno z nich jest niestabilne, to i tak o wyborze decyduje niestabilność, bo zło jest – nie wiem dlaczego tak to funkcjonuje w świetle chrześcijańskich prawd objawionych – o wiele silniejsze od swojego słabego i naiwnego antonimu. A stabilizacja w tym samym czasie zostaje zżerana, pochłaniana i uśmiercana. Powoli, ale jednak. Na tej bazie powstają chyba horrory i thrillery, pokazujące pozorną idyllę, która z czasem zamienia się w koszmar.
Mam z tym problem na wielu poziomach. Pewnie mógłbym nie mieć. Nie myśleć. Nie potrafię i nie chcę.
Zdaję sobie sprawę, że to duże uogólnienie. Ale co mam zrobić? Nie chcę już zastanawiać się czy dwoje osób, czy jedna, czy sms, mail, fb, twitter, blog, uduchowiony splendor, który w rezultacie i w tej formie, jaką ostatnio poznałem ostatecznie jest niczym innym, jak tylko kościołem szatana, czy to wszystko, cała ta suma ostatnich doświadczeń musi łapać mnie za gardło i wysysać resztki życia? No nie musi. Przecież to wiem. Nie muszę/nie chcę zastanawiać się co dalej: czy razem, czy osobno, jest lub nie, czy pojawi się sms, mail, fb, twitter, blog lub uduchowiony splendor, który w rezultacie i w tej formie jest kościołem szatana i czy to wszystko ma decydować o tym, co czuję/myślę/jak żyję? Chrześcijaństwo, które cenię, czyli chrześcijaństwo Pawła z Tarsu mówi o tym, że za każdym razem człowiek podejmuje decyzje. I nikt za niego tej decyzji nie podejmie. I nikt na tę decyzję nie ma wpływu. Nawet kościół szatana. Dlatego lepiej już, kiedy podejmę decyzję niż będę ją odwlekał w czasie.
Nie wiem w tej chwili kto skrzywdził Wschowę, jak się nazywa ta osoba i gdzie mieszka, ale dowiem się. To chyba można ustalić. Bo albo jest to ktoś ze Wschowy albo ktoś spoza niej. A skoro już na początku wiemy, że istnieją tylko dwa miejsca, gdzie można znaleźć sprawcę, to nie ma co ukrywać, prędzej czy później, ale raczej prędzej, się tę osobę wytropi.
Ale, żeby nie przedłużać, w czym rzecz.
Otóż Tomek Szwarc, wczoraj, powiadomił mnie, że La La Land najwcześniej może zostać wyświetlony we Wschowie 1,5 roku po polskiej premierze. Takie są warunki dystrybutora, których w takim tajemniczym mieście, jak Wschowa, nie sposób zlekceważyć. Może Miłosz Czopek mógłby tutaj coś zdziałać i negocjować warunki z dystrybutorem, ale nie wiem czy Miłosz Czopek podjąłby się tej niebywale odpowiedzialne misji i – bo to też muszę wziąć pod uwagę – czy w wyniku tych negocjacji dystrybutor nie wydałby dożywotniego zakazu pokazów La La Landu we Wschowie. Na dwoje, jak to mówią, babka wróżyła. Z drugiej strony można by na negocjacje wysłać Krzysztofa Grabkę albo nauczycieli Gimnazjum nr 2, wtedy może dystrybutor za jednym rzutem wysłałby do Wschowy siedem filmów z La La Land na czele, ale jak znam życie i wybredne gusta wschowskiej publiczności, to ostatecznie widownia by zawiodła i dystrybutor znowu musiałby wydać dożywotni zakaz wyświetlania jakichkolwiek filmów we Wschowie, do których wykupił wcześniej prawa autorskie. Więc tak źle i tak niedobrze.
Z tego by wynikało, że należy mnie posłać do dystrybutora na negocjacje, ale mnie nikt nie pośle, bo mnie nikt w tym mieście nie kocha, a jak czasami wydaje mi się, że już, prawie, niemal kocha, to ostatecznie okazuje się, że owszem, może i kocha, ale na pewno nie mnie, tylko na przykład siebie. A co to za miłość, swoją drogą, kochać siebie? Tak dygresyjnie i na marginesie zapytam. Żadna to przecież miłość. To tylko zwykła, brutalna prawda o człowieku. Kochać siebie, to za przeproszeniem każdy potrafi. Ale mnie? Swoją drogą smutne musi być miasto, opuszczone przez Boga i NieBoga skoro aż 18 miesięcy dzieli je od La La Landu. Gorzej być już chyba nie może.
I znowu niczego nie napisałem o genialnym La La Land. Proszę mi uwierzyć, że gdyby to miasto zobaczyło ten film, to miasto by się zmieniło, zmienilibyśmy się, może nawet pokochali co niektórzy. A tak nic się nie zmieni przez kolejne 18 miesięcy, a po 1,5 roku nikt już poza mną nie będzie pamiętał o La La Land i nigdy to miasto nie dostanie szansy. Nie wiem dlaczego tak jest.
Ps. Trzech utworów słucham ostatnio namiętnie, właściwie dwóch, bo trzeci podrzucił mi mój kolega redakcyjny Olek Ziemek i od niedawna, właściwie od wczoraj słucham może nie namiętnie, bo tego akurat utworu słuchać namiętnie nie można, bo się emocje wykluczają. W każdy razie zastanawiałem się, jakiej tutaj piosenki na koniec z trzema czytelnikami tego bloga posłuchać. Czy Last Dance zespołu Rhye? Czy może znowu Someone In the crowd z La La Land? Czy może jednak to, co poleca Olek Ziemek, który zapewniał mnie, że jak tę piosenkę zamieszczę na blogu, to on ten wpis udostępni u siebie na tablicy fb. To wybieram opcję Olka, bo na tyle już poznałem Olka, że wiem, że Olek wie, co jest dobre i subtelne, a co dobre nie jest. Ma gust. Tak po prostu ma ten gust.
Naszej bohaterce chce się płakać/I jeść maka. Jest blisko skarpy, pójdzie skakać.
Przecież też ma ładne ciało, śliczny brzuch i cycki/Ale rzeczywiście tamta ma te długie łydki.
Naszej bohaterce się łamało serce nieraz/Ale to, co widzi teraz ją zabija niemal.
(Taco Hemingway, Wszystko jedno)
Byliśmy w sobotę z Marysią i Tomkiem, przyjacielem domu, na La La Landzie. W teatrze miejskim w Lesznie. Od razu powiem, że sala widowiskowa we Wschowie nie ma czego się wstydzić. Twórcze Horyzonty nie mają się czego wstydzić oraz reżyserzy filmów, które można dzięki stowarzyszeniu TH obejrzeć we Wschowie również nie mają na co narzekać. W Lesznie sala w której oglądaliśmy La La Land może i ma ładne ciało, śliczny brzuch i cycki, ale sala widowiskowa we Wschowie rzeczywiście ma te długie łydki.
Kilka filmów obejrzałem w tej leszczyńskiej sali, ale nigdy nie skusiłem się na siódmy, najwyżej umiejscowiony rząd. Do tej pory chyba siedziałem w czwartym, może trzecim, bo chyba nie w piątym rzędzie. W każdym razie tym razem skusiłem się na siódmy. Marysia z Tomkiem na czwarty bodajże. To wszystko ważne o czym tutaj teraz piszę, bo proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że siódmy rząd niczym się nie różni od szóstego i zdaje się piątego. Wszyscy siedzimy sobie mniej więcej na tym samym poziomie i pomimo tego, że mam chyba 1,82, jeżeli nic się nie zmieniło od 21 roku życia (a ciągnę za sobą pamięć o 42 wiosnach), to w rezultacie część ekranu po bokach zasłaniały mi dwie głowy z rzędu szóstego, nikt na szczęście z rzędu piątego niczego nie zasłaniał, ale już nadzwyczajnego wzrostu mężczyzna z rzędu czwartego, okrył mi chwałą swojej głowy środek ekranu. Rozumiem, naprawdę rozumiem, że ktoś rośnie, rośnie i rosnąć nie może przestać, ale pan z czwartego rzędu chyba nie miał żadnego wpływu na hormon wzrostu. Jak usiadł, tak odebrał mi wszelką nadzieję, co tam się wydarzyło w tym rzędzie czwartym, to naprawdę tylko Bóg jeden z korpo świata może wiedzieć.
Pomijam już takie szczegóły, że jestem fanem musicali. Że wzroku nie mogę oderwać, kiedy widzę zbiorowe sceny tańca, śpiewu i wina. Że odkąd pamiętam musical lub elementy musicalu w jakimkolwiek filmie zawsze traktowałem jak pełnię tego, co film może ofiarować widzowi. Pomijam to, bo kogo to interesuje. Na pewno nie te dwie głowy z rzędu szóstego, osobom z rzędu piątego (tak na marginesie) ślę serdeczną pochwałę życia i niskiego wzrostu, no i pan z rzędu czwartego to już w ogóle chyba bezstresowe wychowanie, bo ani razu nie spojrzał w moje kocie oczy łaknące tańca, śpiewu i wina na ekranie. Ani razu nie obejrzał się, nie zauważył mnie, siedzącego najwyżej, bo w siódmym rzędzie, ani razu nie chrząknął, że głupio mu trochę albo niezręcznie. Tak, jakby siódmy rząd w ogóle w tej sali nie miał znaczenia. Żadnego chrześcijańskiego miłosierdzia. Raczej satanistyczna pochwała wzrostu, tak na oko 2 metry 20 centymetrów.
Kiedy zaczął się film, ten La La Land, to już wiedziałem na pewno, lewa i prawa część ekranu zajęta jest przez dwie głowy z rzędu szóstego i mogłem jedynie w duchu, bo w sali kinowej trzeba zachować trzeźwość umysłu, umiar i przede wszystkim dyskrecję, więc w tym duchu prosiłem reżysera, żeby za dużo po lewej i prawej stronie kamery się nie działo. Żeby też na środku ekranu za dużo się nie wydarzyło. Tylko właśnie w tych szczelinach, które mi pozostały do obejrzenia. No bo w przeciwnym wypadku, to na co te nominacje do Oscara, na co te Złote Globy dla La La Land, kiedy nagle okazuje się, że wszystko co ważne dzieje się po lewej i prawej stronie ekranu i jeszcze na środku. To kto o zdrowych zmysłach w leszczyńskiej sali mógłby to dostrzec? No chyba nie ktoś taki, jak ja, kto ma jedynie metr osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu. Wtedy nie dla mnie La La Land, nie dla mnie śpiew, nie dla mnie taniec, nie dla mnie wino. Nie dla mnie.
Wtedy właśnie zrozumiałem, przy pierwszej do jasnej cholery i to zbiorowej scenie tańca, że może i sala w Lesznie ma ładne ciało, śliczny brzuch i cycki, ale sala widowiskowa we Wschowie ma te długie łydki. Niestety. Taka jest prawda.
I jaka jest puenta? No stał się cud. Po tej pierwszej scenie, pan z czwartego rzędu 2 metry 20 centymetrów zamienił się miejscami z panią metr sześćiedziesiąt, ponieważ pani metr sześćdziesiąt zasłaniała jakaś osoba rząd niżej wzrostu mniej więcej metr siedemdziesiąt sześć. I nagle La La Land był dla mnie. Tylko dla mnie, pomijając te nieszczęsne boczne partie ekranu. Cały dla mnie. Faktem jest, że dla osoby, która siedziała obok mnie już tak La La Land nie był w pełni dostępny, ale co zrobić. Życie.
Nie wiem, czy reżyser tego filmu wie o tym, co dzieje się na pokazach La La Land, ale może Tomasz Szwarc by się tym zainteresował i sprowadził La La Land do Wschowy, bo film jest genialny (o tym może innym razem) no i nasza sala we Wschowie ma rzeczywiście te długie łydki. Warto.
Nie wiem, jak o tym napisać. Najchętniej bym to wykrzyczał. Powstawiał wykrzykniki. Naszpikował wulgaryzmami. Wszystkie te emocje, szczególnie złe, nauczyłem się przetwarzać. Na obrazy. Najlepiej filmowe. Mam przed oczami jakąś scenę i wyraża ona wszystko, co chciałbym powiedzieć. Ostatnio w rozmowie z R., próbując wytłumaczyć moje zachowanie, chciałem przywołać jedną scenę. Zapytałem czy oglądała taki to a taki film. Nie oglądała. Scena się rozpadła, gardła się napięły, kości rozsypały. R. powiedziała wtedy: ale nie możesz przecież po takim wydarzeniu zamykać się w domu i z nikim nie kontaktować.
Dygresja 1: Wiem co powiesz. Po co się wybebeszać publicznie. Ludzie są źli. Krzywdę zrobią, wykorzystają. Nie możesz nie pisać? Musisz pisać? Odpowiadam: Nie napiszę, będę to nosił w sobie. Muszę napisać. Chuj mnie obchodzi, co i kto z tym zrobi.
Więc nie mogłem przywołać sceny z tego filmu. Z jakiego filmu, to o tym za chwilę. Więc mówię, wiesz, czasami jest tak, że niesie się przez to cholerne życie plecak, dawno już jest przeładowany, ale jakoś idziesz, kolejne lata mijają, dźwigasz, dajesz radę. I nagle ktoś dokłada do tego mały kamyk, cokolwiek i upadasz pod ciężarem tego kamyka. Właśnie kamyka, bo przecież do tej pory cały ten ciężar był do uniesienia. Patrzysz na to z boku i mówisz to, co ty do mnie teraz. Ale jak możesz po takim wydarzeniu nagle się rozłożyć? Jak to. Nagle wszystkie szwy puszczają? Palce ci się rozpadają? Włosy? Zęby? Kości? Tracisz wzrok? Jak to możliwe? Przecież to tylko kamyk.
Dygresja 2: Problem polega na tym, że nie znam nikogo, kto mógłby powiedzieć więcej. Muszę czasami wysłuchiwać różnych takich opinii. Nie wiem po co są takie różne opinie. Czy ktoś je specjalnie wymyśla, czy one same się gdzieś rodzą i kuszą, żeby je wypowiadać na głos? Nie, dziękuję. Więc ten ktoś miał powiedzieć coś takiego i to chyba był zryw intelektualny czy coś w tym stylu. Trudno to czasami rozpoznać. W każdym razie takie mam podejrzenie, że to tak działa u większości. Nieważne. W każdym razie taka wypowiedź: No ludzie piszą, ale, słuchaj, piszą, żeby poczuć się ważnymi. To tylko o to chodzi. Żeby zwrócić na siebie uwagę itd., itp.
Ale proszę do mnie tego nie kierować. Nigdy więcej. To mnie nie dotyczy. Bo gdyby można wpisać do mnie hasło, brzmiałoby: noone albo znikąd, albo donikąd. Nic więcej mnie nie definiuje. Więc proszę sobie darować wszystkie ludowe mądrości.
Teraz ta scena z filmu i to, co chce ta scena powiedzieć. Pochodzi z filmu ,,Nietykalni”. Jedna z ostatnich w filmie. Driss zabiera Philippa nad morze. Philippe jest sparaliżowanym milionerem, który zatrudnia do opieki Drissa, chłopaka z przedmieścia, który niedawno wyszedł z więzienia.
Dygresja 3: Wszyscy jesteśmy korpo ludkami. Nawet w takiej małej Wschowie. Nie trzeba przeprowadzać się do korpo metropolii. Wystarczy do tego cholerna Wschowa. Otwierają się usta i zewsząd płyną korpo prawdy, korpo porady, korpo strachy, korpo obserwacje, korpo spostrzeżenia. Bóg jest z korpo w takim korpo świecie, wartości są z korpo w takiej korpo Wschowie i człowiek jest korpo a na drugim biegunie drugi korpo człowiek mu odpowiada na korpo zadane pytanie, odpowiada w korpo stylu z korpo rozjaśniającym zęby uśmiechem wciśniętym w korpo usta.
Ale ten film nie jest na szczęście o korpo prawdach. Dlatego panowie zaprzyjaźniają się. Nie będę streszczał fabuły, bo pewnie większość ten film widziała.
Dygresja 4: Zresztą nie piszę o tym dla kogokolwiek. Wszystko co tutaj piszę, piszę dla siebie. Dla nikogo więcej. Więc, jakby co, to można sobie darować dalszą lekturę. Chciałbym tylko o tym pamiętać. Mógłbym zapomnieć kiedyś. A po co taka niepamięć? Komu to służy? Mnie? Mnie nie służy. Wolę pamiętać.
Więc w tym filmie Driss w wyniku skomplikowanej sytuacji w swojej rodzinie opuszcza Philippa. Obaj wiedzą, że nadszedł taki czas, że trzeba się rozstać. Potem Philippe próbuje zatrudnić kogoś innego do opieki, ale trafiają mu się same korpo ludzkie światy z korpo nieludzką twarzą, zdumiewająco podobne do ludzkiej. Korpo zawsze udaje kogoś innego, coś innego, Boga, człowieka, psa, doniczkę lub kartkę papieru/edytor tekstu, na którym wypisywane są korpo prawdy prawdy prawdy.
(przerwa na papierosa, to mój nałóg, nie twój, dlatego nie będziesz już nigdy więcej ze mną na balkonie, kiedy będę palił papierosa, prawie awangarda, a mogła być kolejna dygresja).
W tym filmie Driss wraca do Philippa. Tylko dlatego, że ten po doświadczeniach z zatrudnianymi korpo ludkami wie, doskonale wie, że nikogo innego nie zatrudni. Zawsze to będzie korpo ludek. Tacy jak Driss zdarzają się raz na kilkaset lat. A i tego nie można być pewnym. Driss wraca i zabiera Philippa nad morze. Ma dla niego niespodziankę, bo wie, co odmieni życie sparaliżowanego milionera. Takie rzeczy mogą wiedzieć jedynie osoby spoza korpo. Naprawdę. Nie żartuję. Mógłbym, owszem trochę pożartować, ale jakoś nie jestem w nastroju. Więc Driss wie, że można być spoza korpo świata, ale to nie wszystko. To jeszcze nie daje szczęścia. Bo życie poza korpo światem jest jedynie odpowiedzią na korpo świat. Tylko tyle i aż tyle. Więc Driss nie zdradza niespodzianki, docierają na miejsce, mężczyzna wwozi Philippa do pokoju, otwiera drzwi na balkon
(tak, wiem, mój nałóg, więcej ze mną nie będziesz na balkonie, bo to nie twój nałóg, kosmetyka)
Więc otwiera drzwi, milioner na wózku, wjeżdżają na taras i Driss mówi: pięknie, prawda? (zdradzę tylko, że widok na morze nie jest niespodzianką przygotowaną przez Drissa). I co na to Philippe? Co ja na to? Noone? Co na to? I Philippe i Noone uśmiechamy się do Drissa. Życzliwie, jak tylko potrafimy. Patrzymy na morze i ten życzliwy uśmiech powoli, stopniowo dogasa, już nawet się nie tli, wystarczy dobry podmuch wiatru i tego uśmiechu nie ma. Nie będzie. Potem znowu patrzymy na Drissa i uśmiechamy się. Szeroko. Serdecznie. Myślimy: Driss się postarał. Zabrał nas nad morze. Należy mu się szczery, prawdziwy uśmiech. I znowu patrzymy w morze. I ten życzliwy uśmiech powoli, stopniowo dogasa, już nawet się nie tli, wystarczy dobry podmuch wiatru i tego uśmiechu nie ma. Jest za to nieskrępowana, trochę wstydliwa, żeby nie urazić Drissa, większa niż morze, które widzimy i dłuższa niż droga, którą przebyliśmy, przerażająca bardziej niż Auschwitz i niestabilna o wiele bardziej niż osobowość Stalina. Jest nicość, mrok. Niczego więcej i niczego mniej.
Dygresja 5: Obejrzyj kiedyś ten film, dotrwaj do tej sceny i wszystko zrozumiesz, tzn. coś zrozumiesz, bo wszystkiego się nie da.